Telekomunikacji Polskiej nie da się lubić

Numer za numerem czyli

Telekomunikacji Polskiej nie da się lubić.

Z ostatnich badań OBOP wynika, że TP SA, największy operator telefonii stacjonarnej w Polsce (ponad 94 proc. rynku), ma najmniej zadowolonych klientów. Z kolei ubiegłoroczne badania wykazały, że aż 44 proc. abonentów chętnie wybrałoby innego operatora. Dlaczego nikt nie kocha Telekomunikacji?

WOJCIECH MARKIEWICZ

Przed rokiem, 1 lipca 2001 r., gdy po raz pierwszy miał być złamany monopol TP SA na połączenia międzymiastowe (fachowo: międzystrefowe), po miesiącach walki z monopolistą udało się wystartować jednej zaledwie firmie. Był nią Niezależny Operator Międzystrefowy (NOM). Cała Polska wybierała więc prefiks NOM-1044. Dzwoniącym nie chodziło nawet o robienie oszczędności (1 minuta rozmowy w NOM była tańsza od rozmowy poprzedzonej prefiksem 1033, czyli TP SA, zaledwie o 3–5 gr), ile o zamanifestowanie niechęci wobec monopolisty i poparcie jego konkurenta.

– W lipcu i sierpniu ubiegłego roku dzwonienie przez NOM nie było tylko telefonowaniem, ale stało się niemalże rodzajem ruchu społecznego – ocenia Anna Streżyńska, dyrektor centrum studiów regulacyjnych w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową. Do głosowania prefiksem 1044 przeciwko monopoliście dodatkowo nakłaniały informacje o świadomym utrudnianiu przez TP SA dostępu do rynku innym operatorom, o mnożeniu im przeszkód, dezinformowaniu abonentów.

Skazani na współpracę z monopolistą – a skazani są wszyscy, kilkaset firm operatorskich w Polsce – oficjalnie nie chcą o nim źle mówić. Mogłoby to zaszkodzić w prowadzeniu i tak już ciężkich negocjacji. Nieoficjalnie zaś klną na monopolistę, że muszą zatrudniać – ci najwięksi – całe sztaby prawników i techników, aby walczyć z coraz to nowymi przeszkodami, jakie piętrzy przed nimi TP SA. A to że nie ma możliwości technicznych podłączeń, a to że nie ma dostępu do studzienek, a to że przepisy są niejasne. A gdy okazuje się, że wszystko to można załatwić – monopolista stwarza tak wygórowane żądania opłat, że całe przedsięwzięcie staje się nieopłacalne.

Światowe szczyty

Najbardziej jednak Polacy nie lubią TP SA dlatego, że opłaty, jakich żąda monopolista, należą do najwyższych na świecie. W marcu br. Urząd Regulacji Telekomunikacji (obecnie do tej nazwy dodać trzeba „i Poczty”) zaprezentował na posiedzeniu sejmowej komisji infrastruktury materiał „Porównanie cen usług telekomunikacyjnych w Polsce i w krajach Unii Europejskiej”. Porównanie przygotowane zgodnie z metodologią OECD uwzględnia średni, standardowy pakiet usług, tzw. koszyk użytkowników biznesowych oraz domowych. Wyniki wyrażone są w dolarach oraz w sile nabywczej, czyli ile usług telekomunikacyjnych świadczonych w sieci stacjonarnej można kupić za przeciętną pensję. Z opracowania wynika, że koszt zakupu koszyka domowego i biznesowego w Polsce, liczony zarówno w dolarach jak i uwzględniający siłę nabywczą, jest najwyższy wśród badanych krajów UE, a także Czech i Węgier. „Spowodowane to jest – piszą autorzy porównania – niekorzystnymi zmianami taryf wprowadzonymi przez TP SA w ub. roku (…)”.

Andrzej J. Piotrowski, dyrektor Instytutu Gospodarki CAS, dodaje swoje wyliczenia:

– Bałamutnie brzmią opowieści o konieczności nawiązywania kontaktów i wyrównania szans naszych eksporterów, gdy za 10 min rozmowy do USA trzeba zapłacić 442 proc. średniej ceny w Unii i zarazem 1500 proc. ceny połączenia do USA z Holandii – mówi. – Elity z niewytłumaczalnych racjonalnie powodów oczekują rozwoju gospodarczego w kraju, w którym transport odbywa się w warunkach zbliżonych do rajdu Paryż – Dakar, a walory nowoczesnej telekomunikacji mogą poznać tylko nieliczne, zamożniejsze podmioty gospodarcze.

Jeszcze w 1998 r. prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wydał decyzję nakazującą TP SA zaniechanie praktyk monopolistycznych polegających na pobieraniu zbyt wysokich opłat za połączenia międzymiastowe. Dał też firmie czas na wprowadzenie niższych cen: wrzesień 2000 r. Tuż przed upływem tego terminu TP SA tylko symbolicznie opuściła cenę – o 8 gr za minutę – więc na początku 2001 r. prezes UOKiK nałożył na monopolistę 54 mln zł kary, czyli 1 proc. dochodu firmy za każdy miesiąc niewykonania decyzji Urzędu. TP SA odwoływała się, zwlekała, znowu zeszła z ceną – o 8 gr – a na koniec w kwietniu br. prezes UOKiK cofnął jej karę. Jeszcze wyższą, bo 350 mln, karę cofnął TP SA Witold Graboś, prezes Urzędu Regulacji Telekomunikacji i Poczty. Nałożono ją za niewykonanie decyzji ministra łączności z grudnia 2000 r. w sprawie współpracy z NOM oraz za podanie prezesowi URTiP niewłaściwych danych o przychodach TP SA z dzierżawy łączy. Zdaniem TP SA obydwie kary nie miały żadnego uzasadnienia i podstaw prawnych.

– TP SA w obronie swojej pozycji – twierdzi Witold Graboś, prezes URTiP – sięgnęła po metodę, którą nazywam obstrukcją prawną. Jej prawnicy wykorzystują niejasności prawa i przewlekłość procedur sądowych. Ta metoda bywa skuteczna, co wcale nie oznacza, że jest społecznie akceptowalna. Wręcz odwrotnie – prowadzi do utraty zaufania i pogorszenia wizerunku firmy. A dlaczego Polacy nie lubią TP SA? Bo jesteśmy bardziej surowi wobec dużych, pewnych siebie, a nie daj Boże – aroganckich.

Raz na dziesięć lat

Od 1 stycznia 2003 r. TP SA nie będzie już miała monopolu na połączenia międzynarodowe. 1 lipca wprowadziła więc – na 3 miesiące – ulgi za niektóre połączenia międzynarodowe: do USA, Brazylii, Francji, Egiptu, Japonii i Australii. – Jest to pierwsza od 10 lat obniżka cen na połączenia międzynarodowe – informuje nie bez dumy Witold Rataj, rzecznik TP SA.

W czasie promocji szumnie nazwanej „Sześć kontynentów” (po jednym kraju z każdego kontynentu) rozmowy stanieją średnio o ok. 25 proc. Tak więc np. za 10-minutową rozmowę do Stanów – ale o tym przedstawiciele TP SA już nie wspominają – zapłacimy nie 442 proc. średniej ceny takiego połączenia z krajów UE, ale „tylko” 320 proc. drożej. Za to chachmęcenie także nie lubimy monopolisty.

W UOKiK trwa kilkanaście postępowań antymonopolowych przeciwko TP SA.

11 z nich – najczęściej z urzędu – wszczęto w tym roku. Zarzuty dotyczą głównie „kształtowania antykonkurencyjnej struktury opłat za usługi”, ograniczenia dostępu do usług przez drastyczną podwyżkę opłaty abonamentowej (o 40 proc. w ub.r.), blokowania konkurencji. Ostatnie postępowanie wszczęte 10 czerwca dotyczy uchylania się TP SA od zawierania umów z operatorami mającymi uprawnienia do świadczenia usług dostępu do Internetu. – Poza kilkoma największymi miastami reszta obszaru Polski to jedna wielka biała plama pod względem dostępu do Internetu pracującego z mierną, jak na obecne możliwości techniki, przepływowością 1 Mb/s. Ceny za ten dostęp biją jednak wszelkie rekordy – 444 proc. średniej europejskiej i 956 proc. ceny w Niemczech – wyliczył dyr. Piotrowski.

Taniej, czyli drożej

W większości krajów, a we wszystkich cywilizowanych, operator nalicza (i pobiera opłaty) za rzeczywisty czas trwania rozmów. Nas w Polsce TP SA obciąża za impulsy. Za rozmowy lokalne płacimy za każde rozpoczęte 3 min w dzień, a po godz. 18 za każde rozpoczęte 6 min. Gdy np. dzwonimy do domu i mówimy żonie: „Skończyłem pracę. Zaraz wyjeżdżam. Będę w domu za pół godziny” trwa to 10 do 15 s, gdy ktoś mówi wolno. Za 10–15 s pobrałby opłatę każdy operator w Unii. Nasz monopolista skasuje nas jednak za 3 lub 6 min. Jeśli rozmowa trwa np. 6 min i 2 s, skasuje nas – po godz. 18 – za 12 min. Ten jawny rozbój, jak zapowiadano jeszcze kilka miesięcy temu, miał być ukrócony w połowie 2002 r., czyli teraz. – Od impulsów – obiecuje Witold Rataj – odejdziemy z końcem roku. Kiedy konkretnie – jeszcze nie wiadomo.

Nie lubimy też TP SA za to, że traktuje nas jak półgłówków. 1 września ub.r. pod hasłem „TP SA frontem do klienta” monopolista złożył nam ofertę: możemy wybrać jeden z czterech abonamentów. Oszczędny (23 zł), niedrogi (30 zł), standardowy (35 zł) lub aktywny (65 zł). Do tej pory abonament kosztował 25 zł, więc de facto podrożał. Z wyjątkiem „oszczędnego”, który wobec starego staniał co prawda o 2 zł, klient dostał 15 darmowych impulsów, ale – czym TP SA zbytnio się nie chwaliła – połączenie lokalne zdrożało o 100 proc. (z 29 do 58 gr netto) i o tyle samo podrożało połączenie do sieci komórkowych (z 1,40 zł za min do 2,80 zł netto, czyli 3,42 zł brutto). 15 darmowych impulsów miesięcznie to 15 najkrótszych nawet (np. 10-sekundowych) rozmów. Albo jedna 15-minutowa rozmowa z synem mieszkającym w innym mieście. Potem trzeba bulić podwójnie. Także za rozmowy międzynarodowe. Np. przy rozmowie z córką mieszkającą we Francji darmowe impulsy (tutaj liczy się je co 10 s) skończą się po 2,5 min.

Ostatnio TP SA znowu poszła swoim klientom na rękę. Do niedawna rachunek telefoniczny można było uiścić w każdym z 600 Biur Obsługi Klienta. Z możliwości tej – oszczędzając 3 zł opłaty pocztowej – korzystało regularnie 56 proc. klientów TP SA. Od września – „z myślą o Państwa wygodzie”, jak informuje ulotka – wszystkich odesłano na pocztę, gdzie będą musieli płacić 99 gr za rachunek.

Drobnym druczkiem

W lutym 2001 r. (cztery miesiące później wystartował NOM) Grzegorz M. z Białegostoku podpisał z TP SA aneks do umowy. Zmienił adres, trzeba więc było przenieść telefon. Podpisał odpowiednie kwity i nawet nie zauważył, że na samym dole formularza drobnym druczkiem napisane było „Abonent oświadcza, że prosi o kierowanie połączeń międzystrefowych do sieci telekomunikacyjnej TP SA”. Cztery miesiące później, gdy chciał skorzystać z usług NOM, okazało się to niemożliwe. – Zadzwoniłem do Biura Obsługi Klienta, kazali mi przyjść. No tak, kazali – Grzegorz N. nawet niespecjalnie temu „kazali” się dziwi. – Kobitka wyjmuje kopię umowy i mówi „Przecież podpisał pan”. Faktycznie, podpisałem.

Z kolei Roman Z. z Warszawy, po 19 latach oczekiwania na telefon, podpisał z TP SA umowę i bezwiednie także oświadczenie (na końcu, drobnym drukiem): „Proszę o kierowanie połączeń międzystrefowych do sieci telekomunikacyjnej TP SA”. Były tam też wydrukowane trzy gwiazdki, a w odnośniku informacja „niepotrzebne skreślić”. Nie skreślił. – Poczułem się oszukany – mówi.

– „A po co panu druga linia?” dziwiła się pani z BOK, gdy chciałem założyć drugi telefon – opowiada Tomasz Kulisiewicz, współtwórca inicjatywy Internet Obywatelski. – I odesłała mnie do domu po drugi komplet tytułów własności do lokalu, mimo że w aktach leży już od kilku lat pełen komplet dotyczący pierwszej linii. Nie lubimy więc TP SA także i za to, że z tym operatorem telefonicznym niczego nie można załatwić przez telefon.

Kulisiewicz twierdzi, że najbardziej nie lubią TP SA internauci: – Przede wszystkim za ceny i za to, że pięć lat trzeba było czekać na ryczałtowy abonament na dostęp do Internetu, mimo że co roku zapowiadano jego wprowadzenie. Nie lubią też za niewywiązywanie się z szumnych obietnic dotyczących stałego, szybszego dostępu. Nie przysporzyła jej także miłośników długotrwała walka przeciwko uznaniu jej za operatora dominującego i odwoływanie się od decyzji URTiP w oczywistej, wydawałoby się, sytuacji, gdy TP SA ma ponad 94 proc. wszystkich zainstalowanych w Polsce linii telefonicznych. Monopolista uznał ten fakt dopiero w kwietniu br.

Pazerność monopolisty sprawiła, że polscy internauci zasypywani są ofertami różnych firm. Jedna z nich zachęca: „Oferujemy możliwość uzyskiwania darmowych połączeń z abonentami w 15 (inne 20, 30 – przyp. red.) państwach świata za pomocą telefonii VoIP – nowego rodzaju usługi dostępnej za pośrednictwem protokołu IP. Każdy klient ma dodatkowo światową domenę, nieograniczony hosting i liczbę kont e-mail (…). Wszystkie te usługi dostępne są za jedyne 140 dolarów rocznie. Wydaje Ci się, że drogo? Spójrz, że minuta połączenia z USA kosztuje 4,22 zł. Jeśli w miesiącu będziesz rozmawiał 2,5 godz. z kimś w USA, to do Twojego rachunku telefonicznego doliczone zostanie 633 zł. Za podobną cenę (140 dol.) możesz rozmawiać ile tylko chcesz. Przez rok”.

Inna firma sprzedaje usługę cal-back, karty pre-paid o nominale 50 zł. Aby skorzystać z systemu, należy wybrać z dowolnego, ale zarejestrowanego telefonu numer centrali w Niemczech („połączenie nie dochodzi faktycznie do skutku, centrala oddzwania”). Wówczas trzeba odebrać połączenie, wykręcić numer PIN z karty, a po jego zatwierdzeniu wykręcić numer, pod który chcemy dzwonić. Stawki – co najmniej dwukrotnie niższe niż w TP SA. Np. Hiszpania 1,04 zł za minutę (w TP SA 2,28 zł), Portugalia odpowiednio 1,19 i 2,56 zł, Wielka Brytania 1,01 i 2,06 zł, USA 1,04 i 4,22 zł. Kto kupi minimum 10 kart, otrzymuje 10 proc. zniżki. Jeszcze inna firma zajmuje się połączeniami biznesowymi i dzięki oferowanym przez nią produktom można zaoszczędzić – zapewnia – do 85 proc. na rozmowach międzystrefowych, międzynarodowych i do sieci komórkowych.

Sprzedany rynek

Przez ostatnie 10 lat kolejne rządy rozpinały nad TP SA parasol ochronny. Najpierw chodziło o znalezienie inwestora strategicznego, potem o sprzedanie firmy za jak największe pieniądze. Parasol blokował konkurencję, gdyż nie wolno było robić niczego, co obniżałoby wartość prywatyzowanego narodowego operatora. Konserwowano więc monopol dla inwestora. Było to możliwe, gdyż jak twierdzi dr Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji: – Żaden z rządów III RP nie miał żadnej koncepcji, jak ma funkcjonować telekomunikacja.

Ulubione hasło – „Telekomunikacja jest krwiobiegiem gospodarki” – powtarzano chętnie. Gdyby jednak TP SA sprzedano wcześniej – nieważne, że nawet taniej – szybciej otworzyłby się rynek dla konkurencji. Wtedy ceny by spadały (jak w telefonii komórkowej), co byłoby dobre dla klientów, ale także i gospodarki. A tak – mamy, co mamy.

W lipcu 2000 r. Emil Wąsacz, minister Skarbu Państwa RP, sprzedał konsorcjum France Telecom (FT) i Kulczyk Holding (KH) 35 proc. akcji TP SA za 4,3 mld dol. z prawem dokupienia 16 kolejnych proc. do końca września 2001 r. Minister łączności z kolei podpisał tego samego dnia „Porozumienie regulacyjne”, w którym zobowiązał się, że do końca 2001 r. nie dopuści konkurencji na rynku wewnętrznym (połączenia międzystrefowe) i w ruchu międzynarodowym, najbardziej intratnym – do końca 2002 r. Francuzom sprzedano więc nie tylko TP SA, ale praktycznie polski rynek telekomunikacyjny. Dzisiaj konsorcjum FT i KH ma 47,5 proc. akcji TP SA i zabiega o kupno 2,5 proc. plus 1 proc. akcji, czyli o pełną kontrolę nad TP SA.

– Sprzedaliśmy TP SA za jej trzyletnie dochody – mówi Andrzej J. Piotrowski. – Tymczasem w Polsce 50 proc. rynku jest niewykorzystane. Mamy bowiem 28 linii na stu mieszkańców. Aby osiągnąć poziom europejski (w Unii są 53 linie na stu mieszkańców), musimy podłączyć kolejne 10 mln telefonów.

Wątpliwe jednak, czy France Telecom, dzisiaj główny udziałowiec TP SA, zdecyduje się na tak szeroki program inwestycyjny, bo ma ogromne kłopoty finansowe. Nie wiadomo też, czy wesprze go nowy, konserwatywny rząd we Francji, jako że FT jest jednym z nielicznych w świecie operatorem państwowym. Inwestując czy też wyczekując na lepsze czasy, będzie jednak musiał odbierać sobie zainwestowane w TP SA pieniądze. Będzie więc bronił cen oraz swojej dominującej pozycji na rynku, nie dopuszczając konkurencji. A my, użytkownicy, będziemy za to płacić.

******************************

Operator domyślny = Operator pomysłowy

Znikający prefiks

Wojciech Markiewicz

TP SA głosem Krystyny Loski informuje, że zgodnie z nowymi regulacjami prawnymi „nie ma obowiązku wybierania prefiksu”. To dla abonenta rozwiązanie wygodne, ale może okazać się drogie.

1 stycznia 2003 r. miały się skończyć wszelkie monopole telekomunikacyjne w Polsce, czego symbolem miały być prefiksy prowadzące do usług wybranego operatora. Tak późno, gdyż w lipcu 2000 r. rząd sprzedał 35 proc. akcji TP SA (za 4,3 mld dol.) konsorcjum France Telecom i Kulczyk Holding zobowiązując się, że do końca 2001 r. nie dopuści pełnej konkurencji na rynku wewnętrznym (połączenia międzymiastowe) i żadnej konkurencji w ruchu międzynarodowym, najbardziej intratnym – do końca 2002 r. Obecny rząd przejął ten spadek po poprzednim i dotrzymał zobowiązań.

Niezależni, ale zależni

Wydawało się, że 1 stycznia nastąpi pełna liberalizacja rynku usług telekomunikacyjnych. Resort infrastruktury (Ministerstwo Łączności zlikwidowano) miał rok, aby porządnie przygotować liberalizację. Nie zrobił tego. Zasady liberalizacji zostały zdefiniowane prawnie dopiero 29 października 2002 r. rozporządzeniem ministra infrastruktury. I – jak zgodnie twierdzą eksperci – są niekorzystne dla nowych operatorów.

– Operatorzy niezależni nadal muszą występować wobec TP SA w roli petenta – twierdzi Andrzej Piotrowski, dyrektor Instytutu Gospodarki Centrum Adama Smitha. – Użytkownikom telefonów zaś utrudnia się dostęp do konkurencji, każąc im składać podania i podpisywać umowy.

Od stycznia bezproblemowo jedynie klienci Netii (ok. 340 tys. osób) mogą korzystać z tańszych niż w TP SA połączeń międzynarodowych. Stanowią oni zaledwie 3 proc. posiadaczy telefonów stacjonarnych w Polsce. Za rozmowy do Europy Zachodniej abonenci Netii płacą 12,5 proc. taniej niż w TP SA. Za połączenia do USA, Kanady i Australii o 15,5 proc., a np. do Chin, Hongkongu, Izraela, Japonii czy Tajwanu aż o 73 proc. taniej.

W Energis Polska (głównym właścicielem jest brytyjska firma energetyczna National Grid) będzie jeszcze taniej – średnio o 40 proc. Umowy z TP SA w sprawie świadczenia usług międzynarodowych podpisały też firmy Tele 2 (szwedzka) oraz Długie Rozmowy (kapitał amerykański). Obie zajmowały się dotąd tańszymi połączeniami internetowymi, tzw. VoIP. Ta druga firma chce rozpocząć świadczenie usług 1 lutego.

Ten sam termin wymienia Marcin Gruszka, rzecznik Niezależnego Operatora Międzystrefowego (NOM), spółki Polskich Sieci Elektroenergetycznych i PKN Orlen, mimo że operatorowi temu nie udało się jeszcze podpisać porozumienia z TP SA. Telekomunikacja nie chciała się bowiem zgodzić na zapis, który by mówił, że strony usiądą do negocjacji w sprawie umożliwienia świadczenia przez NOM abonentom TP SA usług międzynarodowych wyłącznie na podstawie wybrania prefiksu 1044, bez konieczności podpisywania przez nich umów z NOM.

Dla przeciętnego abonenta TP SA jedyną alternatywną firmą, na którą na razie może liczyć, jest właśnie NOM. Netia i Energis zainteresowane są głównie klientami korporacyjnymi. Tele2 i Długie Rozmowy to firmy niemal na naszym rynku nieznane. Długie Rozmowy mają siedzibę w Warszawie, w prywatnym mieszkaniu, a ich numeru telefonu nie zna informacja 913.

Nie ma obowiązku, ale jest

Sytuacja do złudzenia przypomina tę, którą mieliśmy dwa lata temu; 1 stycznia 2001 r. miał być zniesiony monopol TP SA na połączenia międzymiastowe, zwane fachowo międzystrefowymi. Konkurenci wykupili koncesje, za każdą zapłacili po kilkaset milionów złotych, ale pierwszej firmie (NOM) udało się wystartować dopiero 1 lipca 2001 r. TP SA mnożyła bowiem przed konkurentami przeszkody. A to nie było „technicznych możliwości podłączeń”, a to brak dostępu do studzienek, a to przepisy okazywały się niejasne. Abonenci natomiast – głosem Krystyny Loski – byli informowani, że aby uzyskać połączenie międzymiastowe, trzeba wykręcić (wybrać) prefiks 1033. To tylko częściowo była prawda, gdyż numer 1033 był prefiksem TP SA, a połączenie międzymiastowe można było uzyskać wybierając też 1044 (NOM), a później i 1055 (Netia). W lipcu 2002 r. prawnicy TP SA zmusili do kapitulacji NOM i operator ten przestał świadczyć usługi międzymiastowe tym klientom TP SA, którzy nie podpisali odrębnych umów z NOM. Przyczyną były przepisy o VAT, którego to podatku TP SA nie mogła uwzględniać w fakturach wystawianych swoim klientom, korzystającym z usług NOM. 16 grudnia ub.r. minister finansów zmienił te przepisy – aczkolwiek powinna być też zmieniona ustawa o VAT – i TP SA może już uwzględniać w swoich fakturach usługi innych operatorów.

Teraz zaś minister infrastruktury wprowadził pojęcie tzw. operatora domyślnego. Jeśli jestem abonentemTP SA (94 proc. telefonów w Polsce) i nie chcę korzystać z międzynarodowych usług innego operatora, od 1 stycznia wykręcam numer po staremu, przez „0” (połączenia międzystrefowe realizuje się bez prefiksu od 20 grudnia ub.r.). Gdybyśmy jednak chcieli dzwonić taniej niż przez TP SA, musimy dowiedzieć się, czy nasza centrala TP SA może już współpracować z centralą operatora alternatywnego. Takiego dokładnego spisu central nie ma.

– Po wprowadzeniu instytucji operatora domyślnego – powiada dyr. Piotrowski – mniej zorientowani klienci sami pozbawiają się możliwości wyboru. U operatora narodowego nie trzeba składać podań, wykręcać prefiksu, a więc unika się kłopotów. Tyle że w TP SA płaci się więcej.

– Operator domyślny, a także obowiązek podpisywania umów z operatorami niezależnymi – twierdzi Marcin Gruszka, rzecznik NOM – to krok wstecz na drodze liberalizacji rynku. Skoro zmieniono przepisy dotyczące tzw. refakturowania VAT i nic nie stoi na przeszkodzie, aby TP SA w fakturach wystawianych swoim abonentom uwzględniała usługi innych operatorów, to po co abonenci, aby korzystać z naszych usług, muszą zawierać z nami umowy?

– Instytucja operatora domyślnego – powiada Jolanta Wróblewska, naczelnik z departamentu rozwoju telekomunikacji w Ministerstwie Infrastruktury – została wprowadzona po to, aby ułatwić życie abonentom. Jest stosowana w krajach Unii Europejskiej i zawsze stawia w uprzywilejowanej pozycji tego, kto ma abonentów.

Co na to Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty? Jacek Strzałkowski, rzecznik URTiP: – Nasz prezes podlega przecież ministrowi infrastruktury.

Mimo że termin ostatecznej demonopolizacji znany był już od kilku lat, ledwie 33 proc. abonentów TP SA może od stycznia korzystać z usług alternatywnych operatorów. W centralach TP SA – twierdzą przedstawiciele narodowego operatora – trzeba przeprogramować komputery. Najdłużej, bo jeszcze ponad dwa lata, będą czekali ci, którzy są podłączeni do central analogowych – ok. 1,2 mln abonentów.

Łatwiej, ale trudniej

– Gdyby rok wcześniej pojawiły się regulacje prawne i wydano przepisy wykonawcze, nie byłoby obecnego opóźnienia w umożliwieniu wszystkim abonentom TP SA korzystania z alternatywnych operatorów – twierdzi Witold Rataj, rzecznik TP SA. – Teraz musimy czekać na dostawy oprogramowania.

Wszyscy abonenci TP SA będą więc mieli możliwość korzystania z tańszych usług konkurencji dopiero od 2005 r. Czy aby na pewno? Już rok temu TP SA zapowiadała np. odejście od impulsów (najdroższego systemu pobierania opłat) i przejście na rozliczanie rzeczywistego czasu trwania rozmów lokalnych od lipca 2002 r. W lipcu ub.r. Witold Rataj obiecywał odejście od impulsów „z końcem roku”. Mamy początek 2003 r. i TP SA nadal liczy za każde rozpoczęte 3 lub 6 minut rozmowy (pisaliśmy o tym w art. „Numer za numerem” – artykuł powyżej).

Pojęcie operatora domyślnego wprowadzono po to, aby „ułatwić życie wszystkim tym klientom (starszym, obcokrajowcom – przyp. WM), którzy konieczność wybierania dodatkowych czterech cyfr traktowali jako uciążliwość” – informowała TP SA jeszcze w grudniu ub.r. Żeby jednak było nam łatwiej w innej sprawie, czyli abyśmy mogli zlecić preselekcję, najpierw musi być trudniej. Jeśli mamy szczęście i znaleźliśmy się w gronie 33 proc. abonentów TP SA, którzy mogą podpisać umowę z alternatywnym operatorem, to musimy:

1. Znaleźć numer telefonu do konkurenta TP SA.

2. Zamówić u niego 3 egzemplarze umowy, operator prześle nam je pocztą.

3. Wypełnić i podpisać umowę.

4. Odesłać ją.

5. Z jednym egzemplarzem umowy udać się do Biura Obsługi Klienta TP SA i tam złożyć „pisemne zlecenie zwane dalej zleceniem preselekcji”, w którym wskażemy operatora, przez sieć którego będą zrealizowane wszystkie połączenia międzystrefowe i międzynarodowe w przypadku niewybierania numeru dostępu.

6. Zaczekać do 14 dni na rozpatrzenie i zrealizowanie zlecenia preselekcji.

7. Mieć świadomość, że „odmowa realizacji zlecenia preselekcji może być wydana abonentowi jedynie z powodu braku możliwości technicznych, potwierdzonego decyzją Prezesa URTiP”.

Trzeba przyznać, że dosyć to skomplikowane i zniechęcające.

Nie ma monopolu, ale jest

Trudno się dziwić TP SA, że chce jak największą liczbę klientów zatrzymać u siebie. Połączenia międzymiastowe dały tej firmie w ub.r. 1,4 mld zł przychodów, międzynarodowe 750 mln zł. Dziwić może jednak rozwiązanie, jakie przyjął rząd, podtrzymując uprzywilejowaną pozycję TP SA. Jak to było możliwe?

– To sprawa cichutkiego, ale konsekwentnego lobbingu – twierdzi Jolanta Ciesielska, rzecznik Netii.

W ciągu ostatnich 13 lat ludzie decydujący o polskiej telekomunikacji zmieniali się wraz z ekipami rządzącymi. – Żaden z rządów III RP nie miał koncepcji, jak ma funkcjonować telekomunikacja. Czy chcemy mieć więcej telefonów, ale droższych? Czy państwo ma zarabiać na telekomunikacji, czy też zależy mu bardziej na tym, aby przedsiębiorstwa miały niższe koszty? Na te pytania nikt nie odpowiedział – twierdzi dr Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. – Gdyby Tepsę sprzedano wcześniej, no i gdyby nie ustalono gigantycznych wpłat za koncesje na UMTS, szybciej otworzyłby się rynek dla konkurencji, a więc ceny poszłyby w dół.

Tymczasem Bertrand le Guern, wiceprezes TP SA, pytany tuż przed Bożym Narodzeniem, czy firma w 2003 r. obniży ceny połączeń, odpowiedział: „Będziemy się przyglądać, co zrobi konkurencja”. A konkurencji autorzy rozporządzenia przycięli skrzydła.

Obydwa artykuły były publikowane kiedyś na www.onet.pl