Rekolekcje Wielkopostne – XI

XI nauka – sens cierpienia II

Kontynuując wczorajsze rozważania na temat sensu cierpienia należy sobie jeszcze raz zadać jasno pytanie, czy człowiek naprawdę nie cierpi raczej dlatego, że odchodzi od Boga, że nie liczy się z Jego przykazaniami i normami moralnymi? A Bóg jedynie dopuszcza to cierpienie tylko dlatego, że kiedyś, u samego początku obdarował człowieka wolnością. Dla wielu -tego rodzaju rozumowanie- wydaje się być nie do przyjęcia, bo uważają, że Bóg –rzekomo w imię Miłości- powinien jednak interweniować i nie pozwalać na nadużywanie wolności zwłaszcza wtedy, gdy zagraża ona złem. Ale, gdyby tak Bóg naprawdę interweniował w każdej takiej sytuacji …. to przecież stalibyśmy się marionetkami i … wszyscy wtedy protestowaliby przeciwko takiemu ograniczeniu wolności. A powiedzmy sobie uczciwie: ileż to razy musiałby On interweniować w moim życiu? Czy naprawdę chciałbym tego?

Tego rodzaju rozumowanie, czy myślenie pojawia się bardzo często u współczesnych chrześcijan. Jest to jeden z przykładów niedojrzałego myślenia roszczeniowego: „Bóg powinien interweniować w sposób cudowny, aby mnie, moich bliskich … od cierpienia, bólu, nieszczęścia uchronić.” Co jest jednak ciekawe to fakt, że ludzie, którzy w ten sposób myślą wcale nie są skłonni zmienić swojego życia w sytuacji, kiedy to oni sami sprawiają cierpienie, zadają ból, ranią … swoim egoizmem, chciwością, brakiem zrozumienia. Pan Bóg jest im tylko potrzebny -jak magik z czarodziejską różdżką- w chwilach trudnych, a w innych sytuacjach, lepiej żeby stał na boku i nie przeszkadzał. To jest niestety bardzo powszechny sposób myślenia wśród współczesnych, niedojrzałych katolików czy chrześcijan. Według nich Pan Bóg naprawdę źle stworzył świat. Ja zrobiłbym to na pewno lepiej.

Ktoś z moich znajomych napisał nawet takie pouczające opowiadanie – rozważanie.

Czyje klocki?

W pewnej szczęśliwej rodzinie ojciec, bardzo kochający swojego synka, chciał sprawić mu radość jakimś prezentem. Ponieważ Tomek był zdolny, rezolutny i samodzielny, tatuś postanowił, że podaruje mu klocki Lego. Kupił największy zestaw, jaki mógł znaleźć, pozwalający zbudować prawie wszystko. Po wręczeniu prezentu wśród ogólnej radości tatuś wtajemniczył synka w podstawowe zasady budowania, podsunął mu także instrukcję i pozwolił mu działać − „Baw się dobrze, synku” − powiedział.

Klocki, ich bogactwo zachwyciło Tomka i wciągnęło bez reszty. Jego wyobraźnia zaczęła pracować. Miał w głowie mnóstwo projektów. Odrzucił instrukcję i wskazówki ojca − „są staroświeckie!” − pomyślał. −„Ja to zrobię lepiej”. I ochoczo zabrał się do pracy.

Gdy po jakimś czasie przyszedł ojciec zobaczyć, jak mu idzie, zauważył, że powstałe elementy budowli są wprawdzie ciekawe i oryginalne ale całość nie ma szans powodzenia. „Synku, tak niczego trwałego nie zbudujesz, przecież powiedziałem ci, co jest ważne. Trzeba przestrzegać pewnych zasad, uwierz mi”. Tomka to gadanie tylko rozzłościło. „Tato, nie przeszkadzaj mi, to moje klocki i będę budował tak, jak mi się podoba” i kontynuował z zapałem swoje dzieło. Gdy wydawało mu się, że zmierza ku końcowi, że uzyska piękną całość, jego budowla zaczęła się łamać i rozpadać. Nie pomogły żadne wysiłki, konstrukcji nie dało się uratować.

Tomek z rozpaczą i wściekłością popatrzył na smętne ruiny, wreszcie zgarnął je wszystkie do pudła i poszedł do ojca. Wyrzucił przed nim klocki − „Wypchaj się z takimi klockami, nic z nich nie da się zbudować, są do niczego”.

***

Otrzymaliśmy w prezencie od Boga, kochającego Ojca, piękny, pełen bogactw świat. Zostaliśmy wtajemniczeni w najważniejszą zasadę budowania − miłość Boga i bliźniego. Otrzymaliśmy największy dar, dar mądrej wolności. Wzięliśmy własny los we własne ręce niechętnie dopuszczając Boga i Jego prawa lub wręcz je odrzucając. I gdy zepsuliśmy już wszystko, co dało się zepsuć − atmosferę, florę i faunę, gdy swoją złością, nienawiścią i chciwością rozpalamy wojny − od tych domowych, sąsiedzkich po światowe − bezczelnie rzucamy Bogu w twarz − „Boże, jaki okropny świat stworzyłeś. Wypchaj się z takim światem.”

***

Boże, Twoja cierpliwość jest przedziwna! Jak Ty z nami wytrzymujesz?!

Tyle opowiadanie, ale czy my naprawdę nie widzimy, że nadużyliśmy daru wolności i to właśnie jest przyczyną tylu nieszczęść i cierpień człowieka? Dlaczego jest tak, że kiedy bogaci pławią się w nadmiarze i chorują z przejedzenia, biedni umierają z głodu. A do Pana Boga mamy pretensje, że to on taki niesprawiedliwy świat stworzył????

Drugim popularnym schematem w myśleniu jest przekonanie, że świat może, czy nawet powinien być dobry i doskonały mimo, że ja sam stale próbuję go sknocić i za wszelką cenę zniszczyć. Wyraża się to właśnie w pretensjach do Pana Boga, że w stworzonym przez Niego świecie jest miejsce na cierpienie, ból, śmierć, zło. Ale jednocześnie tak wielu tych zawiedzionych nie chce dostrzec, że to właśnie człowiek ze swoją pazernością, żądzą władzy, chciwością jest źródłem owego zła i cierpienia. Jakże często z ust dorosłych ludzi słyszy się zarzut skierowany do Pana Boga: „jakby Pan Bóg chciał, to stworzyłby świat, bez cierpienia i bez możliwości popełniania zła”. Tego rodzaju pretensje wspierane są często -niby logicznym- rozumowaniem:

„Jeśli Pan Bóg chce, a nie może uwolnić świata od zła, to znaczy że nie jest Wszechmogący.

Jeśli jednak może, a nie chce, to znaczy, że nie jest Miłosierny”.

To staje się dowodem na niemożliwość istnienia Boga, albo co najmniej przyczyną głębokiego kryzysu wiary. Czy jednak jest tego rodzaju rozumowanie poprawne, czy nie jest to raczej próba usprawiedliwienia własnej grzeszności? Pan Bóg oczywiście, i chce, i może uwolnić świat od zła, tylko … do tego potrzebuje mnie!!! Niedawno ktoś podesłał mi cytowaną już we wcześniejszym poście taką oto anegdotkę:

Przechodził raz bogaty człowiek obok żebrzącej małej dziewczynki i mówi:

– Boże widzisz takie rzeczy i nic nie robisz?

A Bóg mu na to odpowiedział:

– Już zrobiłem …. stworzyłem Ciebie!

Bóg naprawdę chce i może uwolnić świat od zła. Swojego własnego Syna posłał, aby ten przez Mękę i Śmierć swoją świat odkupił ….. Tylko człowiek tego nie chce i nie pozwoli Panu Bogu, bo jest tak zatwardziały i zarozumiały, egoistyczny i arogancki, że odrzuca wszelkie Boża zaproszenia do naprawy świata uważając je właśnie za ograniczenie wolności.

I to nie obojętność czy zła wola Boga jest przyczyną zła, cierpienia i nieszczęść człowieka, ale ludzka źle wykorzystana wolność. Wystarczy tylko spojrzeć dookoła, aby zobaczyć jak z tej wolności korzystamy i co z tego ostatecznie wychodzi. Bóg dopuszcza cierpienie, ale nigdy go nie chce, nie cieszy się nim sadystycznie. Co więcej, On sam poddaje się cierpieniu, aby nas od zła (przez nas popełnionego) uwolnić. Możemy być pewni, że On jest pierwszym, który pragnie naszego szczęścia, ale nie może tego zrobić wbrew naszej woli i nikogo do szczęścia za włosy ciągnąć nie będzie. Możemy być pewni, że w każdym naszym cierpieniu On sam jest zawsze obecny i cierpi razem z nami. To nie jest tak, że On obojętnie i beznamiętnie obserwuje i delektuje się ludzkim cierpieniem. On w nim osobiście uczestniczy i cierpi w każdym cierpiącym człowieku. A jednocześnie nie odwoła, nie zaneguje raz danej człowiekowi wolności. A przecież wolność bez możliwości prawdziwego wyboru, bez możliwości wybrania nawet zła, które powoduje cierpienie jest fikcją. Można więc powiedzieć, że Bóg zaryzykował tak bardzo, że sam zgodził się na cierpienie, aby dać człowiekowi prawdziwą, nie fikcyjną wolność.

Ale żeby cierpienie nie było tylko nieuchronnym fatum, chrześcijanin musi je nie tylko w rezygnacji przyjąć; on powinien je jeszcze uświęcić. widząc jego wartość w świetle wiary. Bo skoro Bóg dopuszcza cierpienie to widocznie jest to jedyny sposób na uzyskanie większego dobra? Bóg niejako zgadza się na cierpienie swojego stworzenia, sam cierpi, aby to dobro osiągnąć. I wtedy dopiero, w takim świetle cierpienie nabiera swego zbawczego waloru. W takim świetle cierpienie staje się sposobem na uzyskanie zbawienia, staje się jedyną możliwą drogą do zbawienia. ”Ten, Który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał …” (Rz 8:32) okazuje nam właśnie w tym swoją Miłość i Miłosierdzie. Cierpienie staje się -jak krzyż w wierszu Norwida- bramą zbawienia. W przeciwnym razie jest absurdem, jest nonsensem, jest nie do przyjęcia.

Tylko, że do zrozumienia tego trzeba wierzyć. W przeciwnym przypadku powyższe słowa są tylko „pobożnym ględzeniem”. I to jest kolejny punkt w naszych rozważaniach: „jak wierzyć dzisiaj?” Jesteśmy poddawani ustawicznej dechrystianizacji, próbuje nam się wmówić, że Bóg Który pozwala cierpieć stworzeniom, nie może istnieć. Presja eliminacji cierpienia z naszego życia jest tak wielka, że my sami chcemy się go za wszelką cenę pozbyć. A jednocześnie jest coś niesamowitego w fakcie, jak bardzo dajemy się epatować cierpieniu pokazywanemu przez środki masowego przekazu. Ze zdziwieniem, ale i z przerażeniem patrzę na ludzi, którzy z ogromnym zainteresowaniem oglądają dzienniki telewizyjne, czytają o katastrofach, mordach, rzeziach, bezmyślnie uczestniczą w wiwisekcji wojny, jak chociażby tej w Iraku. Dziennikarze, którzy organizują konkursy na najbardziej wstrząsające zdjęcia, którzy życie narażają, aby z bliska, z pierwszej ręki pokazać cierpienie innych. I jest w tym coś niezwykle smutnego; Z jednej strony boimy się cierpienia, unikamy go, a z drugiej pozwalamy się nim epatować, czarować, szukamy go … byle u innych. Z jednej strony boimy się cierpienia, a z drugiej tak bardzo dajemy się oczarować przemocy, gwałtowi, złu, które wycieka z filmów. Jest w tym coś niesamowitego, jak bardzo zło, przemoc, gwałt, brutalność nas epatuje, podnieca, przyciąga, mami. I my na to przywalamy, my się temu poddajemy, za to płacimy i …. dziwimy się, że w naszym życiu tyle zła.

Można by powiedzieć i tak, że sam Bóg razem z nami cierpieniem płaci cenę za naszą ludzką wolność, której tak często nadużywamy. Wolność sama w sobie jest ogromnym darem, wolność nadużyta jest ogromnym niebezpieczeństwem, jest źródłem cierpienia nawet samego Boga.