Rekolekcje Wielkopostne – VII

VII nauka – duże dzieci

Jako drugi, drażliwy temat tych rekolekcji wybrałem problem „niedojrzałych dorosłych”. To także rzutuje na stan naszej wiary. Bardzo często jest bowiem tak, że ludzie zniechęcają się i odchodzą od wiary, od Kościoła twierdząc, że jest on infantylny, dobry dla małych dzieci. A jednocześnie nie widzą, że ten infantylizm leży raczej po ich stronie. Nie chcą się przyznać, że to oni są właśnie -w sprawach wiary- infantylni, niedorośli, obojętni.

Dorosłość nie może być mierzona jedynie miarą lat, ale raczej; zachowaniem, myśleniem, poczuciem odpowiedzialności za siebie i najbliższych, umiejętnością odnalezienia swojego miejsca w społeczności, także religijnej. A jest przecież tak, że zarówno w społeczeństwie, jak i w Kościele mamy wielu takich niedojrzałych dorosłych, dużych dzieci po 40-ce, którzy zachowują się i widzą świat (również rzeczywistość wiary) oczami dziecka. Skąd się to bierze i jakie są tego efekty?

Z jednej strony socjologowie zauważają, że przesuwa się w górę wiek dojrzałości. Coraz więcej ludzi – z metryki niby dorosłych – wykazuje cechy niedojrzałych emocjonalnie i społecznie nieodpowiedzialnych nastolatków. Można coraz częściej spotkać 40-tolatków (a nawet starszych), którzy myśleniem i poziomem odpowiedzialności pozostali na poziomie dzieci z młodszych klas szkoły średniej. Ustawiczne niezadowolenie, pretensje do wszystkich, brak poczucia przynależności i odpowiedzialności za grupę społeczną, nieumiejętność odnalezienia się, postawa jedynie roszczeniowa, nadmierne krytykanctwo, niefrasobliwość, myślenie egoistyczne i egocentryczne, to cechy właśnie dorastającej młodzieży, która dopiero wchodzi w życie społeczne. Niestety według socjologów, ostatnio to także cechy coraz większej ilości osób, które biologicznie dawno już powinny wyjść z okresu dojrzewania. Biologicznie dorośli, psychologicznie, społecznie, emocjonalnie i religijnie są nadal niedojrzali, zatrzymali się na poziomie dziecka.

Z drugiej strony można jednak zauważyć inną socjologiczną prawidłowość, a mianowicie że coraz więcej ludzi młodych robi coraz szybsze kariery zawodowe i profesjonalne. Ludzie niekoniecznie jeszcze socjologicznie i społecznie całkowicie dojrzali, moralnie urobieni i odpowiedzialni, ludzie często nawet jeszcze przed 30-ką osiągają wysokie i odpowiedzialne stanowiska, są dyrektorami, managerami, kierownikami, właścicielami zakładów i firm. Ich zawodowe i profesjonalne przygotowanie trwało kilkanaście lat, rozwinęli się, „dorobili się” pewnej pozycji, ale społecznie i psychicznie, a także religijnie pozostali nadal – powiedzmy sobie szczerze – zacofani, lub niedorozwinięci.

Jaki jest efekt tego zderzenia dwóch tendencji? Można sobie tylko wyobrazić lub … po prostu rozejrzeć się dookoła. Mamy wtedy niedojrzałych emocjonalnie i nieodpowiedzialnych, zarozumiałych bosów, którym zależy jedynie na szybkim dorobieniu się, na karierze, na materialnym jedynie sukcesie. Mamy właścicieli firm i zakładów, gdzie pracownicy traktowani są jak najemnicy lub niewolnicy. Ale mamy także wierzących niewierzących. Ludzi, którzy deklarują się jako „wierzący niepraktykujący” – co już jest samo w sobie sprzeczne i absurdalne. Człowiek bowiem naprawdę wierzący nie może być niepraktykujący, a jeśli jest niepraktykujący to na czym polega jego wiara? Na słownych, nic nie kosztujących deklaracjach? To jest właśnie jeden z efektów owej religijnej niedojrzałości. A jest ich znacznie więcej. Bo co powiedzieć o wiecznie niezadowolonych, ustawicznie krytykujących Kościół ludziach, którzy nie widzą podstawowego faktu, jakim jest to, że Kościół jest taki, jacy są jego członkowie. No i mamy w końcu małżonków myślących jak nastolatki, nastawionych absolutnie egoistycznie i egocentrycznie. Mamy rodziców, którzy sami są jeszcze dziećmi. Rodziców, którzy nie czują żadnej odpowiedzialności za swoje dzieci, za ich wychowanie, także religijne, którzy niefrasobliwie mówią: „jak dorośnie to samo wybierze”.

Ta ostatnia uwaga łączy się także z inną zaobserwowaną prawidłowością, a mianowicie – z jednej strony obniża się wiek inicjacji seksualnej młodzieży, która biologicznie staje się dojrzała już w starszych klasach gimnazjum,. Programy szkolne tak są ustawiane i tak prowadzone, że coraz młodszym dzieciom przekazuje się wiadomości o biologicznej stronie życia rodzinnego i małżeńskiego. A z drugiej strony ludzie młodzi coraz częściej opóźniają decyzję na świadome i odpowiedzialne małżeństwo. Mamy więc małżeństwa na próbę, młode pary żyjące razem bez odpowiedzialnych i zobowiązujących decyzji. Mamy niechciane dzieci, dramaty dziewcząt, które za wcześnie zaszły w ciążę. Mamy pokaleczone życie tak wielu młodych ludzi. Mamy zdezorientowane i zagubione dzieci, które nie widzą żadnych wyższych wartości także w życiu swoich rodziców. Mamy młodzież, która poszukując nie znajduje autentycznych autorytetów, klarownych i jasnych moralnie postaw.

Jak to więc jest z tą dorosłością ? Czy w pogoni za nowoczesnością, za szybkim sukcesem, za materialnym dostatkiem nie zagubiliśmy czegoś dalece ważniejszego? Czy kształcąc dzieci, dając im coraz bardziej zaawansowane narzędzia społecznego i zawodowego awansu nie zapomnieliśmy o formowaniu ich człowieczeństwa, o urabianiu ich sumień w prawdzie? Czy kształcenie intelektualne nie zastąpiło formacji duchowej i ludzkiej. Z powierzchownych już nawet obserwacji można powiedzieć, że niestety tak.

Oczywiście, że to co powiem, jest pewnego rodzaju uproszczeniem i generalizacją, ale czy nie jest w wielu przypadkach tak, że w dorosłe życie wchodzą zupełnie nieprzygotowani ludzie, rozpieszczane przez rodziców dzieci, maminsynki przyuczone do tego, że wszystko im się należy ? Czy nie jest tak, że ten klosz rodzicielskiej opieki był za szczelny, za dobry, że chronił ich przed wszystkimi kłopotami, a w razie wpadki wydostawał (po znajomości) ze wszystkich kłopotów? I takie „chowane pod kloszem dziecko” nie umie przyjmować porażek, nie jest zdolne do wysiłku, łatwo wpada w stres, przygnębienie i zniechęcenie. Czy nie jest tak, że obce są mu pojęcia altruizmu, poświęcenia, idea pomocy innym, jasne i zdecydowane rozróżnianie wartości i pseudo-wartości? Z takim nastawieniem nie można zbudować rodzinnego i małżeńskiego życia, nie można być dobrym pracodawcą, czy pracownikiem. Z takim – powiedzmy wprost egoistycznym i egocentrycznym – nastawieniem nie można znaleźć miejsca dla siebie w społeczeństwie. A jeśli większość społeczeństwa to, tacy właśnie egoistycznie i roszczeniowo nastawieni ludzie, to jakież to społeczeństwo być może?

Podobne prawidłowości widzi się także w życiu religijnym, w rozwoju, a raczej – należałoby powiedzieć – niedorozwoju wiary wśród wielu – niby dorosłych ludzi. Co jest przyczyną tego religijnego upośledzenia, tego braku dojrzałości? Czy jest to rzeczywiście tylko nieprzystosowanie Kościoła do czasów współczesnych ? Czy nie jest to także efekt owego podstawowego zaniedbania jakim jest brak religijnej formacji, zakończenie jej na poziomie I Komunii Świętej? Ciekawą jest rzeczą, że na przygotowanie zawodowe i profesjonalne poświęcamy tak wiele czasu i pieniędzy, a jednocześnie na religijną formację nie mamy czasu. Wykształcenie lekarza wymaga co najmniej pięcio- czy nawet siedmioletnich studiów. Wykształcenie inżyniera to co najmniej cztery, pięć lat studiów. Studia prawnicze, ekonomiczne, rolnicze, artystyczne i jakiekolwiek inne zajmują wiele lat, a poprzedzone są przecież nie tylko szkołą podstawową czy gimnazjum. W sumie profesjonalne przygotowanie zabiera nam kilkanaście (a nieraz i więcej) lat życia. A jednocześnie religijna formacja jest tak drastycznie redukowana do minimum, a nawet w wielu przypadkach całkowicie negowana czy odrzucana. Można by zadać kilka prostych pytań:

Co zrobi i jaki będzie niedouczony lekarz? Czy ktoś powierzyłby swoje zdrowie i życie takiemu lekarzowi?

Jaki będzie niedouczony prawnik? Jaki będzie efekt jego niefrasobliwego i lekceważonego wykształcenia?

Jakie będą konstrukcje niedouczonego inżyniera? Czy dom budowany przez takiego, niedokończonego inżyniera może się nie zawalić?

A jaki w końcu jest efekt niedouczonego, powierzchownego chrześcijanina? Czy nie jest to – powiedzmy sobie szczerze – karykatura wiary, albo po prostu nieporozumienie? Tak łatwo zwalać winę na złych katechetów, niedobrych księży, chciwych proboszczów … Tak łatwo usprawiedliwiać się brakiem czasu, niedogodnościami różnego rodzaju. Tak łatwo z uśmieszkiem politowania traktować sprawy wiary, a później jesteśmy zdziwieni, że nam jej nie dostaje, że jest ona słaba, nijaka, bezkształtna i infantylna. Tylko zobaczmy sami, co my dla tej – naszej w końcu – wiary zrobiliśmy? Czy nie jesteśmy jak ten niedouczony lekarz, który chętnie i z zapałem będzie leczył innych, dawał dobre rady, pouczenia, moralizował, a jednocześnie nie chce uznać, że on sam jest najpoważniej chory? Czy nie jest tak, jak w przypadku niedouczonego prawnika, który nie znając prawa, tworzy sobie swoje własne? Czy nie jest tak, jak w przypadku niefrasobliwego inżyniera, budowany przez nas dom naszego życia nam się zawala? Warto może powtórzyć słowa ze wstępu do tych rekolekcji:

„Wiara jest ogromnym skarbem, który Bóg złożył w naszym sercu, a my „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas.”( 2 Kor 4:7) Wiarę trzeba więc najpierw rozpoznać jako skarb, zrozumieć i chronić.”