Pachnące gałęzie życia

„Oto poczciwa staruszka w małym ogródku, pełna miłości, dzięki niej zbiera więcej owocu niż światły uczony, który zgłębił tajemnice natury – w wielkim ogrodzie”. Taką receptę na “sukces” podaje św. Bonawentura – filozof i Doktor Kościoła. I, jak napisał E. Gilson, od czasów średniowiecznych wielu filozofów i uczonych z zadumą zatrzymywało się nad postawą tej staruszki.

Współcześnie, gdy próbuje się pozbawiać życie nie utylitarnych racji, gdy dąży się do ekspresowego rozszyfrowania natury i zmuszenia jej do maksymalnej wydajności, oczekiwanie na owoc wieczny, niezniszczalny jest mało popularne.

“Jak łatwo (ludzie) dają się porwać nerwowym rytmom czasów! Odkąd zgodzą się, że ważniejsze jest -ile- od -jak- nie zaznają już spokoju. Bo nie będą już zgadzać się na samych siebie. Nie zaakceptują życia. Wychyleni ku przyszłości lub zamknięci w tym, co było, nie zgodzą się na cierpliwe dojrzewanie, na smakowanie czasu. Nie mają na czas czasu.” (A. Wuwer, Wejdź w światło).

Czyż jednak ogarnianie wszystkiego użyźniającym aktem miłości jest zasadne tylko w wymiarze eschatologicznym? Czyż owocująca siła kochania nie jest przydatna również w wymiarze doczesnym? Gdyby zapytać “poczciwą staruszkę” czymże ona jest -ta siła kochania- z pewnością przedstawiłby wyjaśnienia i argumenty bardzo ułomne z punktu widzenia procedur stosowanych w nauce. Z pewnością nie zaspokoiłaby zachłannego ducha wszechogarniającego scjentyzmu. “Trzeba, aby współczesna nauka, a zwłaszcza współczesna filozofia, odnalazły -każda we własnym zakresie- ów wymiar sapiencjalny, polegający na poszukiwaniu ostatecznego i właściwego sensu ludzkiej egzystencji.” -mówił Ojciec Święty podczas spotkania z rektorami wyższych uczelni w Toruniu (7 czerwca 1999).

“Poczciwa staruszka “ma intuicyjny obraz całości i ostateczności. Nie zdaje sobie może sprawy z tego, że zalewają świat fale “intelektualnej demokratyzacji”, które domagają się racjonalnych narzędzi i procedur działania. Jest za to mistrzynią pełnowartościowych odniesień i nie rozcieńcza egoizmem swojego wkładu w rozwój istnienia. Nawet muśnięciem nieżyczliwej, nieprzyjaznej myśli nie zakłóca harmonii, ku której wewnętrznie dąży wszystko co żyje, co próbuje ujawnić swoją niepowtarzalną naturę i udowodnić, że stać je na piękno.

Miłość przebywa w każdym bycie jako jego aktywna energia, która niejako wydobywa go z samego siebie, po to, by zwrócić go Bogu” (Dionizy Areopagita). “Poczciwa staruszka” zachowuje się tak, jakby to było dla niej oczywiste. Opuszcza samą siebie, by hojnie rozdawać się wszystkiemu, co oczekuje na uzupełnienie “wkładu” miłości niezbędnego do rozkwitu. I gdyby umiała werbalizować swoją postawę, gdyby chciała zastanawiać się skąd biorą się klejnoty w jej wewnętrznym skarbcu, wyznałaby nieśmiało

– „ … istnieje inny świat, a w nim czystość, czystość, czystość, prawda i przejrzystość.

Bóg jest moim Mistrzem.

On jest Panem Życia, nie zaś przymierania.

Nie hamuje On istnienia,

piękno w nim się odsłania.

Najczęściej trudno jest człowiekowi pogodzić się z tym, że istnieją granice prawomocności ludzkiej logiki, że często wkracza w obszar święty, gdzie panują już całkiem inne rygory logiczne, gdzie rutynowo używany aparat pojęciowy staje się bezużyteczny. “Bo wszystkie ciała i wszystkie duchy razem i wszystkie ich twory nie są warte najmniejszego drgnienia Miłości: jest bowiem z dziedziny nieskończenie wyższej” (L. Kołakowski, Bóg nam nic nie jest dłużny, komentarz do Myśli Pascala).

Rzetelna refleksja naprowadza na trop, że dysponując mocami z dziedziny wyższej otrzymuje się obfitsze plony, doskonalszy efekt niż przy użyciu narzędzi z “niższej” płaszczyzny. Miłość nie nastawia się na owocobranie, jest skrajnie bezinteresowna, a “produkuje “więcej niż wyspecjalizowana, uzbrojona po zęby żądza posiadania. Żądza posiadania ma destrukcyjną naturę. W pogoni za obfitością człowiek może nawet wyeksploatować wszystkie żądze i znaleźć się na “minowych polach istnienia”. Może wydawać mu się wówczas, że sięgnął dna udręki, gdzie panuje nieprzenikniona ciemność. I gdy nie sili się już, by ją rozproszyć prywatnymi kaskadami iluminacyjnymi i nie sili się już na żadną metafizyczną przekorę, gdy nie przeciwstawia się Bogu swoją bezsiłą, gdy już rozumie, że “od nieba lub piekła dzieli go tylko życie – rzecz najbardziej krucha w świecie“(B. Pascal), wówczas Chrystus może przygotować nań “świętą zasadzkę”.

Sam Chrystus wyznaje człowiekowi Miłość- “ukochałem cię żarliwiej niż ty swoje nieprawości” (Pascal, Myśli). I sam Chrystus wskazuje człowiekowi na mapie życia miejsce z widokiem na Boga -miejsce z niezwykłym centrum- ze świętym drzewem Krzyża. I sam Chrystus proponuje człowiekowi, zachęca go, by codziennie pod święte drzewo Krzyża wtaczał bezkształtną masę cierpień i bólów, kłębowisko nie wyartykułowanych pragnień i marzeń, a kipiąca z Krzyża łaska dokonywać będzie świętej transformacji -zamiast symbolu hańby i śmierci, to wszystko, co w Krzyżu i co pod Krzyżem otrzyma formę nową -formę rozłożystych, pachnących gałęzi życia. I zapragnie człowiek, by Krzyż był wywyższony w jego ogrodzie życia, by szumiały nad nim orzeźwiające gałęzie świętego drzewa. Zrozumie, że wszystko czego szukał, co tak pragnął znaleźć – i sens, i miłość, i pokój – że to wszystko ma twarz Chrystusa. Owszem, bez Chrystusa i Jego Krzyża może człowiek przejść kawałek drogi, ale On, dzięki któremu wiemy czym jest nasze życie, nasza śmierć, wreszcie, kim my sami jesteśmy, pozwala ją przejść bezpiecznie i w całości. Zrozumie też człowiek, ze jeśli rozpaczał, to nie dlatego, że nie posiadł żądzą wyśnionych dóbr, raczej dlatego, iż zbyt późno pojął, że długo bawił się we wszechmoc, że bezpłodne były wyczyny jego ducha, że wabiła go nicość.

Złączony ze źródłem Życia odzyskuje siły, bo Chrystus wciąż odnawia dzieła Swej Miłości. I jak powiedziałby P. Damiani – nie musi już człowiek zapalać świeczki, by zobaczyć słońce. Gdy objawi mu się Miłość -choćby był emocjonalnie i estetycznie najbardziej wybredny i choćby miał ambicje organizować się bez Boga, bo wydawało mu się, że niezachwiana jest jego niewiara – wówczas z odkrywczym zapałem zawoła:

Ta jedna licha krzewina,

nie trzeba dębów tysięcy,

z szeptem się ku mnie przegina-

jest Bóg! – czegóż ci więcej.

I ten odkrywczy zachwyt dociera do Boga. Swego czasu uznano za heretycką sentencję Quesnela: “tylko miłość przemawia do Boga, Bóg słucha tylko miłości.” Chociaż obowiązuje nas najdalej idąca powściągliwość, gdy mówimy o Bogu, wydaje się jednak, że taka jest najgłębsza intuicja człowieka oczarowanego przez Miłość, tak skłonny jest wierzyć, że tylko miłość przemawia do Boga.

Jolanta Lesiuk

silence78@wp. pl