O Tobie marzymy Stwórco piękności
W czasie obchodów Jubileuszu 2000 lat chrześcijaństwa
dominikanin O. Jan Góra przeprowadzał dziesiątki tysięcy młodych
ludzi przez Bramę Tysiąclecia na Lednicy. Zapytany przez
dziennikarzy , co będzie robił, gdy skończy się czas
świętowania, odpowiedział, że stale będzie
przeprowadzał przez tę bramę, którą jest Chrystus, bo bez Niego
nasze życie byłoby tylko fizjologiczną szarością.
Stwierdzenie to jest pewnym skrótem myślowym i nie powinno
sugerować, że człowiek przyzywa Jezusa dla poprawy humoru
egzystencjalnego, że traktuje Go jako środek upiększający
i ubarwiający życie, jako skalkulowane wyrównywanie bytowych
braków. Jest to też kolejnym bodźcem, żeby rozważyć, kim jest dla
mnie Chrystus.
Poszukiwanie w Chrystusie tylko religijnego ukojenia
i spełnienia to jeszcze daleko za mało. Nawet wiązanie z Panem
Jezusem wszystkich nadziei, dlatego że tylko On w sposób
absolutny nasyca człowieka życiem, nadal może budzić obawy, że
moje relacje z Bogiem nie wypływają z czystego serca.
Tak długo trwa uważne przypatrywanie się kontaktom ze
Stwórcą, badanie źródeł manifestującej się wiary, aż człowieka
ukoi pewność, że nie ma podstaw do dalszej podejrzliwości,
jeśli chodzi o intencje skłaniające do przylgnięcia do
Chrystusa. I dochodzi się do wniosku, że istnieje trudne do
przekazania, a może nieprzekazywalne doświadczenie, że
łączność z Chrystusem rozpoczęła łaska rozmiłowania w tej
Miłości, którą On nam objawia. Miłość ta obsypuje człowieka
“klejnotami”, do których nawet najbardziej wyostrzona intuicją
świadomość nigdy by nie dotarła, nie podpowiedziałaby takiego
bogactwa. Wtedy dotyka wierzącego głęboka , przejmująca
pełnia życia i przeczucie, że mimo tej pełni istnieją dalsze
niezwykłości. Zanurzenie w Chrystusie ze względu na Chrystusa
przynosi zaskakująco piękne efekty “uboczne” –człowiek zaczyna
żyć bogatym życiem wewnętrznym, duchowym,
które uodparnia na nadmierne inwestowanie
w przemijające korzyści i przyjemności.
Pewien publicysta ochrzczony w Kościele katolickim przeszedł
na buddyzm, bo -jak się wyraził- nasz Kościół zamykał mu drogę
duchowych poszukiwań. Tak się dzieje, gdy rozwinięty umysł nie
znajduje porozumienia ze skarłowaciałą wiarą. A przecież-jak
powiada o. Jacek Salij -dogmaty wiary, które przyswajamy w
początkowej fazie chrześcijańskiego wtajemniczenia, są jak
zatknięte w ziemi chorągiewki- tu należy kopać, żeby odnajdywać
niezmierzone bogactwa Chrystusowej rzeczywistości.
Gdy człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, pozwala się
prowadzić drogami wyznaczonymi przez horyzontalny wektor
tęsknoty, który go ciągle wodzi na manowce. Świat gorliwie
wspomaga człowieka w niestałości wysiłków. Proponuje abdykację
z własnego myślenia i uniżenie składa hołd ludzkim słabościom,
bo one są podstawą interesów świata. Z wyszukaną przebiegłością
potrafi wydobywać z najlepszych, to co najgorsze. Tak kusząco
wdzięczy się do człowieka, że w jego amorficznym gąszczu
informacji, w chaosie znaczeń, zaczadzony smogiem doraźności
i tymczasowości, traci on zdrowy rozsądek. Staje się zbieraczem
marnych informacji, faszeruje zmysły coraz silniejszymi
bodźcami, które mają dawać złudzenie transcendencji, stają się
jej namiastkami. Funduje sobie nasycenie wciąż nowe nienasycenie
rodzące. Maltretuje materię w nadziei na wydobycie z niej nowych
znaczeń, które usprawiedliwią błahe zabiegi. I często długo daje
się zwodzić, że żywotnością zmysłów można rekompensować duchową
niemoc. Zresztą wmawia mu się, że cena duszy zupełnie spadła.
Zdeformowany wewnętrznie, bawi się w grę estetyczną, która
polega na burzeniu wszelkiej harmonii, na gloryfikowaniu
deformacji. Tak bardzo przesadza z doniosłością rzeczy
widzialnych, bo zamknął w sobie dostęp do Niewidzialnego.
I nie wiadomo, sam człowiek tego nie rozszyfrowuje, czy jest
zadeklarowanym czcicielem powierzchownych satysfakcji, czy też
pozbawionym jakichkolwiek wskazówek, bezradnym poszukiwaczem
tej ostatecznej, właściwej wersji życia.
Nie widzi przed sobą eschatologicznej perspektywy, więc
żałośnie próbuje zakonserwować czas, unieśmiertelnić używanie,
bo nie zdaje sobie sprawy z tego, że sensu należy szukać w
całkiem innych rejonach. Często jest nawet szczęśliwy i
zaspokojony w swej bezbożności -celebruje spełnioną wegetację.
T. Różewicz pisał -”uważne oczy Matki spoczywają na mnie. Patrzy
na mnie z tamtego świata, z tamtej strony, w którą ja nie
wierzę”. To programowa niewiara.
“Tomiści powiadają, że jesteśmy w stanie pojąć Boga jako nie
istniejącego, nie dlatego, by istnienie nie było zawarte w jego
istocie, ale z powodu niedostatków naszego umysłu. Mówiąc krótko,
jesteśmy umysłowo tak słabi, że możemy być ateistami
(L. Kołakowski).
Bóg - będący ponad pojmowaniem nawet niektórych poetyckich
umysłów - oczekuje, że ci, którzy pojmują Go przez wiarę i miłość,
będą o świadczyć o Nim …
… Że wszyscy ci, którzy uważają się za wielkich, ale i za
małych, udręczeni nieuchwytnością istoty rzeczy, okaleczeni
brakiem miłości, odzierani z człowieczeństwa przez gazetowe,
plastikowe marzenia i tęsknoty, ujdą cało z krainy absurdu i
zamiast ocierać się o dno bezsensu, zaczną poszukiwać Bożego
optymizmu.
Dlatego każdy wierzący powinien zapalać błękitną lampę
miłości dla tych, którzy nie wiedzą, że gdzieś płonie
prawdziwe Światło. Dla tych, którzy wmówili sobie, że dla nich
najwłaściwszym i ulubionym środowiskiem jest precyzyjna
ciemność, że w niej najlepiej się czują. Być może kiedyś wszyscy
dryfujący w ciemnościach zgłoszą się do Ciebie -Ojcze Niebieski
i stwierdzą, że to Ty byłeś tym odwiecznie poszukiwanym.
Ukrywałeś się przed nami, żeby odsłonić swój przepiękny świat,
a my tak często myliliśmy się. Myśleliśmy, że świat jest bogiem.
…Ale na dnie serca wciąż przebywało przeczucie, że
idziemy na błękitne parcele
i dom nasz tam stanie.
Tęsknoty już nie będzie,
Łez już nie będzie.
I tylko miłość zostanie.
Jolanta Lesiuk