Moja „przygoda misyjna” na Komorach

Archipelag Komorów, 09.12.98

Na Komory przyleciałem niewielkim samolotem silnikowym z Zanzibaru, gdzie dostałem się dnia poprzedniego wodolotem z Dar es Salaam. Ponad trzygodzinny lot w ciasnym i zimnym samolocie nie należał do najprzyjemniejszych ani najciekawszych. Leci się bowiem cały czas nad oceanem i niewiele jest rzeczy do oglądania, poza równomiernymi, niewielkimi falami na oceanie. Wylądowaliśmy na lotnisku Prince Said Ibrahim w niewielkiej miejscowości Hahaya, oddalonej o 20 kilometrów od stolicy Moroni. Samo lotnisko jest dosyć nowoczesne i przystosowane do obsługi większych samolotów odrzutowych, chociaż z lotu ptaka wygląda jak wstążka asfaltu rozwinięta tuż nad brzegiem oceanu. Lądowanie też nie było najciekawsze, bo wiejący od lądu wiatr usiłował wrzucić niewielki samolocik do oceanu. Pilot jednak – widocznie znający zamiary wiatru – dosyć sprytnie podszedł do lądowania i bezpiecznie posadził niewielką, dziesięcioosobową maszynę na wąskiej asfaltowej wstążce pasa startowego. (zde T-11)

Największa z czterech wysp – Ngazidja (gdzie najpierw wylądowałem), to skrawek lądu o wymiarach 60×20 km (o powierzchni 1150 km2) i jak wszystkie inne jest pochodzenia wulkanicznego. Na niej znajduje się największy i jeszcze czynny wulkan Kartala, którego krater (o szerokości 3 km) wznosi się na wysokości 2.381 m. Od 1857 roku do chwili obecnej było 13 erupcji tego wulkanu, ostatnia w 1991 roku. Największe erupcje zanotowano w 1965 i 1977 roku. Nie są to erupcje wybuchowe, jak mi mówili miejscowi ludzie i najczęściej jest to jedynie w miarę łagodny wypływ lawy z jednego z wielu kraterów. Miałem okazję widzieć taką rzekę zastygłej już lawy rozciągającą się na przestrzeni kilku kilometrów. Wygląda to raczej jak jedno wielkie żużlowisko, pełne większych i mniejszych brył lawy, skał i żużlu. Ten materiał jest używany do budowy lokalnych dróg, ogrodzeń i domów. Porowate, lekkie skały dobrze chronią przed gorącem, ale z kolei przepuszczają wodę. Dlatego też na wyspie nie ma ani jednej rzeczki czy strumyka. Każdy deszcz wsiąka w to wulkaniczne żużlowisko w ciągu zaledwie kilku godzin. Dotkliwy brak wody jest więc jednym z największych problemów Ngazidja – Wielkiej Komory. Jest za to ta powulkaniczna gleba bardzo urodzajna i roślinność pleni się tu niesamowicie bujnie. Od brzegów oceanu, do wysokości 600 metrów nad poziomem morza rozciąga się królestwo palmy kokosowej, trochę powyżej tropikalny las z uprawami yilang-yilang (wyjaśnienie w tekście). Powyżej 1.200 metrów króluje jeszcze bujna tropikalna roślinność. Sam szczyt Kartali jest przykryty wiecznymi chmurami.

Po przylocie na miejsce w Moroni nie zastałem już niestety ks. Jana, który dwa dni wcześniej musiał odlecieć do Rzymu. Z lotniska odebrały mnie dwie siostry, pracujące również w Misji i zawiozły do domu w centrum miasta, gdzie przez najbliższy miesiąc jedynym moim obowiązkiem była wieczorna Msza św. dla trzech sióstr i dwojga – czasami trojga – ludzi świeckich. Katolików na wyspie, jak i w całym archipelagu jest niewielu i to jedynie przyjezdni (z Afryki kontynentalnej, Madagaskaru i Europy). Na niedzielnej Mszy św. w Moroni bywało maksimum 35 osób. Miejscowa ludność jest w całości muzułmańska i ma konstytucyjnie zabronione nawracanie się na inną religię. W liście pozostawionym mi przez ks. Jana znalazłem i taką radę: „Nie próbuj z nikim z miejscowych rozmawiać na tematy religijne, bo zostaniesz natychmiast oskarżony o prozelityzm i będziesz miał duże kłopoty”. Widać jednak zainteresowanie ludzi katolicyzmem i to jest dobry znak.

Oczywiście ks. Jan, jako stały kapłan misji i Administrator Apostolski ma znacznie więcej roboty, szczególnie administracyjnej, a ostatnio także inżyniersko-budowlanej. Dom misji pamięta jeszcze czasy kolonialne i wszystko się w nim sypie i rozlatuje. Konieczne są więc bieżące naprawy i remonty. Ks. Jan myśli także o wybudowaniu innego domu poza miastem, gdyż obecny leży w samym centrum, na skrzyżowaniu ruchliwych ulic, a w okolicy znajduje się dwanaście meczetów, z których 7 razy dziennie (po raz pierwszy o godz. czwartej rano!!!) rozlegają się przez głośniki pobożne modlitwy muzzeinów. Ponadto położenie i sama konstrukcja domu czynią go praktycznie niemożliwym do mieszkania: w pokojach ustawicznie panuje temperatura do 35°C, a duchota i wilgoć od pobliskiego oceanu powodują, że reumatyzm rozwija się w tych warunkach wyjątkowo dobrze (czego sam w czasie mojego pobytu doświadczyłem). Jest też na pewno dla niego wielkim ciężarem samotność. I to jest chyba jeden z najtrudniejszych momentów jego pracy. Ja sam myślałem, że jestem raczej samotnikiem i cieszyłem się na kilkutygodniowy samotny pobyt. Po pięciu tygodniach pobytu w Moroni stwierdziłem jednak, że samotnikiem na pewno nie jestem i nie chciałbym jeszcze raz doświadczyć podobnej przyjemności. Kiedy ks. Jan wrócił z Europy nie mogłem się nacieszyć jego obecnością i faktem, że nareszcie można z kimś porozmawiać. Wprawdzie stale były siostry, ale one mają swoje dobrze rozplanowane zajęcia i nie mają praktycznie czasu na rozmowy w ciągu dnia.

Miałem okazję być w jednej z wiosek Tshinimoipanga, na wysokości 1.200 metrów. Ustawiczna mgła i wilgoć, chłód i wiatr sprawiają dosyć przygnębiające wrażenie. Tam udało mi się też być po raz pierwszy w meczecie, a nawet w dwóch. W jednym, trochę większym – meczecie piątkowym, gdzie wszyscy mężczyźni są zobowiązani pojawić się właśnie w każdy piątek na południowe wspólne modlitwy i w drugim, malutkim, zaprezentowanym mi przez oprowadzającego jako mój meczet. Później dowiedziałem się co to znaczy. Każdy pobożny islamita jest zobowiązany wybudować za życia nawet maleńki meczet. To zapewnia mu – tak jak i uczestnictwo w świętej wojnie djihad – natychmiastowy wstęp do raju po śmierci. Dlatego tych meczetów jest tak dużo, praktycznie w każdej, nawet niewielkiej wiosce kilka, kilkanaście. Na Ngazidja znajduje się także leżące nad samym oceanem Moroni (20-tysięczna stolica państwa), a w niej ponad 200 (dwieście) meczetów i jeden z dwóch kościołów katolickich na archipelagu. Największy meczet na wyspie wybudowany przy pomocy Arabii Saudyjskiej kosztem kilku milionów dolarów może pomieścić jednorazowo do 5.000 mężczyzn. Bo tylko mężczyzna ma prawo (i obowiązek) wstępu do meczetu.

Od roku czasu – jak już wspomniałem – ks. Jan Szpilka jest właśnie w Moroni Administratorem Apostolskim i zarazem jedynym misjonarzem pracującym w tym islamickim (w 100%) państwie. Drugi kościół znajduje się na wyspie Mayotte i tam pracuje ks. Seamus O’Duill, również salwatorianin. Ale wyspa ta nie należy do Republiki Islamickiej Komorów, gdyż jako zamorskie terytorium francuskie należy politycznie do Francji, chociaż geograficznie należy do archipelagu Komorów. Obydwie misje: w Moroni na Grande Comore i w Mamoudzu na Mayotte tworzą tzw. Administraturę Apostolską na Archipelagu Komorów. Została ona założona na początku lat trzydziestych przez franciszkanów-kapucynów, którzy dojeżdżali tu najpierw z Madagaskaru, a później założyli dwie stacje misyjne na Ngazidja i Mayotte. Jednakże w ostatnich latach kapucyni wycofali swoich misjonarzy z powodu braków personelu i obie misje były dorywczo obsługiwane przez francuskich księży z Misji Katolickiej w Paryżu, którzy zmieniali się bardzo często, nie mogąc przystosować się do trudnych warunków klimatycznych, samotności i tego co nazywa się kompleksem wyspiarskiego odcięcia, a chodzi o fakt przebywania przez dłuższy czas na maleńkiej wyspie w świadomości odcięcia od świata. Na to zresztą skarżą się nawet Francuzi pracujący na Mayotte. Obok tych dwóch kościołów są jeszcze dwie maleńkie kaplice: jedna na wyspie Anjouan i druga na najmniejszej wyspie archipelagu, czyli na Moheli. Tam jednak nie ma praktycznie katolików. Ks. Jan opowiadał, że gdy na początku swojego pobytu był z bratem Maurycym (kapucynem) na Moheli, na Mszę św. nie przyszedł nikt. Jedynie w czasie podniesienia do kaplicy weszło cielę.

Tak więc z końcem ub. roku salwatorianie zdecydowali się przejąć zarząd Misją Katolicką i Administraturą Apostolską na tym archipelagu. Ks. Jan Szpilka został oficjalnie mianowany przez Stolicę Ap. Administratorem Apostolskim, a ks. Seamus O’Duill (salwatorianin irlandzki) objął odpowiedzialność za parafię na wyspie Mayotte. Katolicka Misja w Moroni na Ngazidja oprócz kościoła dla kilku (dosłownie) katolików składa się również z dwóch akcji charytatywnych: pracy nad formacją sanitarną i higieniczną w buszu prowadzonej przez siostrę Francois (z Francji) i siostrę Lidię (z Madagaskaru) i z dzieł charytatywnych siostry Colette (z Francji), tzn. dyspensarium i szpitalika dla poparzonych dzieci, porodówki i centrum żywienia dla niemowląt oraz szkoły dla dzieci biednych. Dyspensarium i szpitalik to prawdziwe błogosławieństwo dla miejscowej ludności. Nie do uwierzenia, ale codziennie zgłasza się do siostry dwoje – troje poparzonych dzieci. Wypadki najbardziej banalne ale groźne: dziecko ściągnęło z polowego piecyka gotującą się strawę, wywróciło lampę naftową, poparzyło się gorącą wodą. A poparzenia są rozległe. Sam widziałem kilkuletnią dziewczynkę przywiezioną o godz. 10 w nocy z poparzonymi obydwiema rękami aż do łokcia, nogą do kolana i połową klatki piersiowej. Siostra Colette (z francuskiego zgromadzenia zakonnego), pracująca tu od 33 lat ze znawstwem i wprawą opatrzyła i zabandażowała rany, podała lekarstwa i umieściła dziecko na kilka dni w swoim szpitaliku. Co trzy dni (we wtorki, czwartki i soboty) w centrum dla niemowląt są szczepienia profilaktyczne przeciwko czerwonce, polio, żółtej febrze, cholerze i rozdawanie lekarstw przeciwko malarii. Siostra ma ponadto wcale nieźle zaopatrzoną aptekę, której niejeden szpital nawet w Polsce mógłby jej pozazdrościć i codziennie po południu wydaje lekarstwa dorosłym za symboliczną opłatę 100 franków komoryjskich (około 30 centów). W szkole przez nią założonej uczy się obecnie 460 dzieci, a po południu odbywają się kursy kroju, szycia, haftowania i higieny dla kobiet.

Oprócz tego dwie inne siostry z francuskiego zgromadzenia Bożej Opatrzności, jedna z Francji, druga z Madagaskaru, prowadzą dyspensaria i szkoły życia dla młodych kobiet w kilkunastu okolicznych wioskach. W ten sposób próbują one podnieść status społeczny kobiety, która jest praktycznie własnością męża. Każdy z nich ma po cztery żony i one są od niego całkowicie zależne. Nauczenie kobiet podstawowych wiadomości z zakresu higieny, prowadzenia gospodarstwa domowego, opieki nad dzieckiem podnosi ich status, a zarazem i cenę w oczach mężczyzny.

Jedynie te dwie formy „działalności misyjnej” prowadzone przez siostry są akceptowane przez miejscowe władze i gdyby je zlikwidować, pobyt misjonarzy na wyspie byłby niemożliwy. Jak mówi ks. Jan jest to niema i darmowa obecność Kościoła, który świadczy o Bogu jedynie dziełami miłosierdzia i cichą obecnością. Niemniej jednak praca taka jest również dawaniem świadectwa i na pewno przynosi wiele radości i satysfakcji, boć przecież umacnia nas w tym sam Jezus Chrystus, który nas powołał i posłał, abyśmy nieśli światło Jego Ewangelii po najdalsze krańce ziemi.

Trochę inna jest sytuacja na Mayotte, gdzie pracuje około 7.000 Francuzów, którzy są pod duszpasterską opieką ks. Seamus’a. Tam też Misja Katolicka prowadzi dużą szkołę dla młodzieży (do niedawna obsługiwaną przez siostry, a obecnie przez świeckich wolontariuszy z Francji), dyspensarium, już całkowicie oddane w ręce miejscowych sanitariuszy kreolskich i malgaskich, oraz mały hotelik dla turystów. Tutaj obecność księdza nie jest niema i gratisowa. Ma on pełne ręce roboty i chociaż miejscowej ludności nie nawraca, bo są to też muzułmanie, to jednak opieka duszpasterska nad pracującymi tu Francuzami, Malgaszami i Kreolami (z Wyspy Reunion) zajmuje sporo czasu. Katecheza dzieci i młodzieży, przygotowanie do I Komunii św., do Bierzmowania, do Chrztu, śluby, codzienna Msza św. i praca administracyjna pochłaniają cały czas ks. Seamus’a. Właśnie z Mayotte piszę tę korespondencję, gdzie pozostanę około trzech tygodni, zastępując ks. Seamus’a (od 3 do 19 grudnia), który korzystając z mojej obecności pojechał do Tanzanii dla załatwienia kilku spraw.

Ciekawostką jest dla mnie tutaj na Mayotte sąsiadująca z nią i połączona promem niewielka wysepka a właściwie wystająca z oceanu skała Dzaoudzi, gdzie znajduje się garnizon Francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Byłem tam właśnie kilka dni temu na Mszy św. dla żołnierzy, którzy czczą św. Barbarę jako swoją patronkę, gdyż należą do regimentu saperów. Jest podobno wśród nich – jak mi mówiono – jakiś Polak, którego jednak nie miałem okazji widzieć. Sami zaś żołnierze francuscy (i nie tylko) bardzo sympatyczni i swojscy. Cieszyli się odprawioną dla nich Mszą św. i po niej zaprosili do swojej kantyny na kolację.

Komory zasiedlane były od XIII wieku przez ludność Bantu pochodzenia afrykańskiego i przez Arabów, podróżujących wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki. Od XIX wieku znalazły się one pod kolonialnym wpływem Francji, a od lat siedemdziesiątych naszego stulecia trzy z wysp archipelagu utworzyły niepodległe państwo. Najbardziej widać tu wpływy arabskie i francuskie. Język lokalny (komoryjski) jest mieszaniną języków bantu (szczególnie swahili) i arabskiego. Znając jednak swahili można się tu wcale nieźle z ludźmi dogadać. Oficjalnym językiem jest też francuski i praktycznie wszędzie można się nim porozumieć. Ludzie są bardzo sympatyczni i ciekawi, z tym jednak zastrzeżeniem, że trzeba bardzo uważać, żeby nie narazić się na oskarżenie o prozelityzm. Dlatego też wszelkie rozmowy na tematy religijne są zabronione. Po co zresztą próbować, skoro zdarzają się nawet wprost próby wpuszczania w kanał, czyli manipulacja i fingowanie pozornych nawróceń tylko po to aby zyskać pretekst do pozbycia się misjonarzy z wyspy. Myślę jednak, że gdyby dano tym ludziom wolność religijną to wielu z nich, a zwłaszcza kobiety bardzo szybko znalazłyby drogę do Kościoła Katolickiego.

Archipelag Komorów jest nazywany również „wyspami perfumowymi” ze względu na roślinę yilang-yilang, którą się tu uprawia i używa do wyrobu olejku, z którego produkuje się perfumy. Sama Wielka Komora (Ngazidja) nazywana jest również El Comoria tzn. kraj księżycowy z powodu dużej ilości kraterów wulkanicznych pokrywających tę wyspę i iście księżycowego krajobrazu. Życie i osady ludzkie zgrupowane są raczej na wybrzeżach wyspy, głównie w Moroni i kilkudziesięciu miasteczkach i wioskach dookoła W całym państwie Komorów (a więc na trzech wyspach archipelagu) żyje około 600 tys. Komoryjczyków, z czego na Wielkiej Komorze około 260 tys. Wnętrze wyspy to albo tropikalny las palm kokosowych, albo skaliste i wulkaniczne żużlowe piargi i usypiska. Żyzna gleba pochodzenia wulkanicznego sprzyja uprawom, ale brak słodkiej wody do picia poważnie utrudnia życie. W okresie pory suchej, a więc od kwietnia do października w wielu wioskach używa się do mycia, prania, a nawet gotowania wody morskiej. Sama stolica czyli Moroni ma niewielką studnię głębinową, z której zaopatrywane jest to dwudziestotysięczne miasto, ale i tak często zdarzają się wyłączenia i racjonowanie wody, kiedy studnia nie nadąża z pompowaniem tego drogocennego skarbu do miejskich zbiorników.

Ciekawostką zoologiczną Komorów jest złowiona po raz pierwszy w latach 60-tych żywa skamienielina Coelacanthe (Gombessa Djambale – po komoryjsku). Pojawia się ona u wybrzeży Anjouan – drugiej co do wielkości wyspy archipelagu. Jest to przedstawiciel gatunku sprzed 300 milionów lat. Do lat 60-tych znany był tylko ze skamienielin. Złowienie żywego przedstawiciela tego gatunku wywołało zrozumiałą sensację w świecie naukowym, gdyż ryba (?) została uznana za ogniwo w łańcuchu ewolucyjnym pomiędzy rybami i pierwszymi zwierzętami ziemnymi. Dzisiaj rybacy polują na te stwory, gdyż sprzedawane do muzeów i instytutów naukowych okazy osiągają cenę do 5 tysięcy dolarów. Inną ciekawostką zoologiczną są miejscowe ptaki. Otóż ze zdziwieniem zauważyłem, że fruwają one dosyć płynnym, wolnym i posuwistym ruchem. Kiedy się jednak bliżej przyjrzałem stwierdziłem, że nie są to wcale ptaki tylko po prostu ogromnych rozmiarów nietoperze. Ich wielkość może być porównana do wielkości naszych gawronów, a niektóre z nich są nawet wielkości jastrzębia. Miejscowa ludność je te zwierzęta, a siostry, które tego przysmaku próbowały twierdzą, że smakuje jak pieczony królik.

Myślę, że może jak na pierwszą korespondencję stąd to wystarczy. Pozdrawiam serdecznie i proszę o modlitwę tak w intencji pracujących tu księży, jak i ludzi tutaj żyjących. Może praca misjonarzy w połączeniu z Waszą modlitwą uczyni cud i otworzy te wyspy dla chrześcijaństwa. Ludzie tutejsi, a szczególnie kobiety – z tego co miałem okazję zauważyć – wykazują dosyć duże zainteresowanie kościołem i chyba nie byłoby tak trudno dla kościoła ich pozyskać. Jedyny problem to fakt, że istnieje konstytucyjny zapis w Islamickiej Republice Federalnej Komorów ostro i kategorycznie zabraniający obywatelom tego państwa zmiany religii. Przekroczenie tego prawa jest karane – w najlepszym wypadku – wygnaniem, czyli banicją…

Ks. Kazimierz Kubat SDS

father@wanadoo.fr