Księga życia …

Pani Wioletta Masiuda proponuje cykl rozważań na temat codziennego modlitewnego czytania Pisma Świętego. Oto całość tych rozważań publikowanych wcześniej partiami.

I. Wstęp

Do wielu naszych życiowych ról, zawodu, przygotowujemy się przez wiele lat – najpierw uczęszczając do odpowiednich szkół, zdobywając praktykę, potem dokształcając się, ustawicznie rozwijając i doskonaląc swoje umiejętności. Nie mielibyśmy przecież zaufania do ekonomisty lub inżyniera, który swój dyplom zdobył np. w latach sześćdziesiątych i od tej pory pracuje bez zmian bazując na zdobytych wtedy wiadomościach. Cóż to byłby za lekarz, który nie śledziłby najnowszej literatury medycznej, nie pogłębiałby swoich umiejętności zdobytych podczas studiów? To samo możemy powiedzieć o każdym zawodzie, roli społecznej. A jak wygląda nasze przygotowanie do najważniejszej, zasadniczej roli – bycia człowiekiem, a zwłaszcza – bycia chrześcijaninem? Zdarza się, że nasza edukacja w tym względzie kończy się w najlepszym wypadku gdzieś na etapie szkoły średniej, a często na uzyskaniu swoistego „dyplomu” – sakramentu bierzmowania. Czy równie często jak do literatury fachowej, folderów najnowszych technologii lub środków makijażu zaglądamy do najważniejszego „Podręcznika Życia” jakim jest Biblia – Pismo Święte? Można powiedzieć: cóż to za chrześcijanin, który na co dzień nie rozwija swojej wiary nie czytając i nie rozważając Słowa Bożego – źródła tej wiary?

Nieznajomość Pisma św. jest nieznajomością Chrystusa” (św. Hieronim). Jest przyczyną płytkości i niepewności naszej wiary. Może jest to jedna z przyczyn, dla których tak niechętnie rozmawiamy z tzw. Świadkami Jehowy? Oni znają Pismo św. wprawdzie wybiórczo i bardzo tendencyjnie ale i tak lepiej od nas – chrześcijan, których Biblia jest szczególną własnością i skarbem.

Znam rodziny, w których jest zwyczaj wspólnej modlitwy oraz czytania i rozważania Pisma św. np. w niedzielne popołudnie. Piękny zwyczaj, ale ile jest takich rodzin? Czyż nie bywa tak, że tej Księgi „używamy” tylko raz w roku – podczas wieczerzy wigilijnej a potem chowamy głęboko, żeby nie „raziło w oczy”? A może wcale nie ma tej Księgi w naszym domu? Sądząc po popłochu jaki rokrocznie panuje wśród pierwszoklasistów liceum, gdy muszą „zdobyć” tekst Pisma św. Starego Testamentu (obowiązkowa lektura fragmentów w ramach lekcji j. polskiego) – takich domów jest sporo.

A więc jesteśmy chrześcijanami czy też nie?

Czytając Pismo św. regularnie możemy zachwycić się jego pięknem, głębią, realizmem i aktualnością. Tam właśnie a nie gdzie indziej możemy znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, możemy nauczyć się życia, bo tam jest źródło prawdziwej Mądrości, wiecznej i niezmiennej, która zawstydza wszystkich „pięciominutowych mędrców”. Oczywiście skarbiec ten jest pilnie strzeżony – otworzyć go można kluczem modlitwy.

Nie jest obojętne od jakiego miejsca zaczniemy czytać. Jedne księgi są łatwiejsze, inne trudniejsze. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie się z tekstem Biblii. Byłam wtedy uczennicą szkoły podstawowej. Zaczęłam czytać Nowy Testament jak zwykłą książkę – od początku, czyli od Ewangelii wg św. Mateusza. Pierwsze dwie strony mojej książeczki były „naszpikowane” samymi imionami (rodowód Jezusa) i niestety zniechęciłam się do jej czytania na wiele lat, a wystarczyło przełożyć te dwie lub trzy strony … .

Najczęściej zachęca się do rozpoczęcia lektury Pisma św. od Nowego Testamentu a zwłaszcza Ewangelii, najlepiej wg św. Łukasza (duże podobieństwo wykazują trzy tzw. Ewangelie synoptyczne – wg św. Mateusza, Marka i Łukasza), potem Dziejów Apostolskich oraz Listów. Trochę trudniejsza jest czwarta wersja Ewangelii napisana przez św. Jana. Bez wątpienia najtrudniejszą księgą Nowego Testamentu, a być może i całej Biblii jest Apokalipsa św. Jana.

Gdy Nowy Testament, a zwłaszcza Ewangelia, stanie się już dla nas „chlebem powszednim” – smacznym, pożywnym i krzepiącym, możemy próbować otworzyć skarbiec Starego Testamentu. Jest on o tyle trudniejszy, że powstawał w czasach i kulturze bardzo nam odległej (niektóre księgi nawet kilka tysięcy lat temu). Dobrze więc byłoby najpierw zapoznać się choć troszeczkę z geografią, środowiskiem, mentalnością ludzi wśród których i dla których te teksty powstawały. Nie byli to spokojni, łagodni, „cywilizowani” ludzie ale dzikie plemiona koczownicze, a panujące prawo to nie prawo miłości ale „oko za oko, ząb za ząb” (skądinąd brzmi to niestety bardzo aktualnie). Duże znaczenie ma też czas powstania poszczególnych fragmentów oraz gatunki literackie stosowane w tych tekstach, które kipią życiem, są pełne przeróżnych wątków, ludzkich problemów i charakterów.

Byłoby błędem jednak podejść do tej Księgi jak do historycznej powieści sensacyjnej. Jest to przecież historia miłości Boga do człowieka, miłości szalonej, która niestrudzenie wychodzi naprzeciw zbuntowanemu, zniechęconemu, upadłemu stworzeniu i przebacza, podnosi, ożywia, obdarowuje z niepojętą hojnością. Historia ludzkich odejść i powrotów. Ból nieodwzajemnionej miłości:

Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem,

i syna swego wezwałem z Egiptu.

Im bardziej ich wzywałem, tym dalej odchodzili ode Mnie,

a składali ofiary Baalom i bożkom palili kadzidła.

A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima, na swe ramiona ich brałem,

oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich.

Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości.

Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę –

schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go.” / Oz 11,1-4 /

A ukoronowaniem tej miłości było szaleństwo Krzyża:

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich

/J 15,13 /

Jak można być obojętnym na taką miłość? Chrystus nazywa nas przyjaciółmi. Jesteśmy przyjaciółmi Boga a Pismo św. jest listem od przyjaciela, listem pełnym dowodów miłości. Odczytujmy więc ciągle na nowo te listy, pisane do każdego z nas z osobna.

Pamiętajmy jednak, że ich interpretacja nie może być sprzeczna z nauczaniem Kościoła: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia. Nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione proroctwo, ale kierowani Duchem Świętym mówili od Boga święci ludzie” / 2P 1,20-21 /. Musimy więc uważnie konfrontować nasze przemyślenia z nauczaniem Kościoła, z tym co słyszymy np. podczas niedzielnych homilii, a w razie wątpliwości poprosić o pomoc osobę kompetentną – najlepiej kapłana. Dla dzieci takimi przewodnikami po biblijnych ścieżkach powinni być (oprócz katechetów) przede wszystkim rodzice.

Jedną z form pogłębienia wiary może być codzienne uważne czytanie fragmentu Pisma św. aż stanie się to naszym nawykiem i głęboką wewnętrzną potrzebą.

****************

Ewangelie

(gr. euangelion – dobra wiadomość, nowina)

Gdy Jezus z Nazaretu przemierzał ścieżki Palestyny, nauczał, uzdrawiał, karmił cudownie rozmnożonym chlebem – gromadziły się wokół Niego tłumy. Uczniowie zachwyceni i zafascynowani Jego osobą chłonęli z uwagą i radością każde Jego słowo, choć czasem byli pełni wątpliwości, choć czasem zupełnie Go nie rozumieli. Nikt wtedy nie myślał o tym, żeby utrwalać na papierze te niezwykłe wydarzenia. Raczej zapisywali je bardzo pilnie w swoich sercach, przekazywali jeden drugiemu zwyczajem ówczesnym ucząc się ważnych treści na pamięć. Nie było także czasu ani nastroju do spisywania wstrząsających, paraliżujących wydarzeń Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku, czy niezrozumiałych i zdumiewających odkryć Zmartwychwstania. Wśród radości ponownego spotkania z ukochanym Mistrzem też nie było miejsca na kronikarskie zapiski.

Po wniebowstąpieniu wyznawcy Jezusa spodziewali się lada dzień, lada chwila Jego powrotu w chwale – ostatecznego zakończenia dziejów. Nie widzieli więc potrzeby zajmowania się pisaniem. W tym czasie rozwijała się natomiast tradycja ustna – intensywne, pełne żarliwości nauczanie apostołów oparte na ich głębokim, odradzającym przeżyciu spotkania z Chrystusem, powstawały hymny, pierwotne zbiory modlitw liturgicznych, wyznania wiary. Starano się wiernie zachować w pamięci przypowieści, słowa i czyny Jezusa, sporadycznie sporządzając jakieś notatki. Pierwszymi dokumentami pisanymi są listy św. Pawła, które powstawały stosownie do aktualnych potrzeb duszpasterskich „już” w latach 50-60, czyli ok. 25 lat po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa.

Oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa przedłużało się, Kościół rozrastał się, nadeszło nowe pokolenie, które nie znało Jezusa ziemskiego. Dla zapewnienia ciągłości, czystości przekazywanej nauki, strzeżenia skarbu wiary okazało się niezbędnym spisanie wszystkich tych wydarzeń, dopóki żyli jeszcze apostołowie – ich naoczni świadkowie. Wielu autorów podjęło się zadania aby zebrać, utrwalić przekazywane ustnie treści i rozpropagować Dobrą Nowinę ale ostatecznie za natchnione i najpełniej wyrażające przesłanie Jezusa uznano cztery teksty, które włączono do ksiąg kanonicznych – Ewangelię wg św. Marka (powstała w latach 60-70 po narodzeniu Chrystusa, z tego tekstu jako pierwotnego źródła korzystali pozostali ewangeliści), wg św. Mateusza (70-80r.), wg św. Łukasza (80-90r.) oraz wg św. Jana (apostoła) – napisaną najprawdopodobniej po roku 90. Są one nie tyle dokumentem historycznym, co świadectwem wiary pierwotnego Kościoła.

Już we wczesnym chrześcijaństwie z początku II w. pojawił się pomysł, by ze względu na potrzeby misyjne i dydaktyczne z czterech ewangelii skomponować jeden obszerny żywot Jezusa. Ok. roku 170 Tacjan Syryjczyk sporządził harmonię ewangelii zwaną „Diatessaron”, która na pewien czas odwróciła uwagę od tekstów pierwotnych. Wskutek energicznej interwencji biskupa Teodoreta z Cyru, który ok. 450 r. kazał zniszczyć przeszło dwieście egzemplarzy „Diatessaronu” przywrócono czytanie przy ofierze eucharystycznej oddzielnych ewangelii: „Mamy cztery ewangelie, a nie cztery w jednej. Cztery ewangelie jak cztery wiatry i cztery strony świata”. Wyraża to prawdę, że żaden człowiek nie jest w stanie objąć całej pełni Chrystusa i że istnieją bardzo różne drogi do spotkania z Chrystusem i zrozumienia Go. Każdy z ewangelistów pokazuje Jezusa jakby z innej strony, stosownie do osobistego doświadczenia Boga, zachęcając nas do wyjścia na nasze z Nim SPOTKANIE.

W sztuce sakralnej Ewangelistów przedstawia się często za pomocą symboli (postaci czterech istot żyjących). Można je zobaczyć np. na płaskorzeźbie zdobiącej ambonę w wielu kościołach:

Ew. Mateusz – symbol człowieka – ponieważ rozpoczyna swoją Ewangelię od opisu narodzenia naszego Zbawiciela i dokładnej Jego genealogii (rodowód Jezusa).

Ew. Marek – symbol lwa – gdyż rozpoczyna swoją relację od opisu pobytu św. Jana Chrzciciela na pustyni.

Ew. Łukasz – symbol wołu – pierwszy rozdział jego Ewangelii opisuje starotestamentową służbę w świątyni, a wół był zwierzęciem ofiarnym.

Ew. Jan – symbol orła – gdyż Jan podobny jest do orła, który wysoko wznosi się w górę, jego tekst jest najbardziej „duchowy”

A gdy nadeszła pora, zajął miejsce u stołu i Apostołowie z Nim. Wtedy rzekł do nich: Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał. Albowiem powiadam wam : Już jej spożywać nie będę, aż się spełni w królestwie Bożym. Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!” Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: „Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana.” / Łk 22,14-16, 19-20 /

Dwaj uczniowie byli w drodze do wsi, zwanej Emaus. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak, że Go nie poznali. (…). On rzekł do nich: „O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?”. I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej, lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”. /Łk 24,13-32/

*****************

Ewangelia wg św. Łukasza

Łukasz napisał swoją wersję Ewangelii ok. roku 80, czyli blisko 50 lat po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Rozpoczął ją tymi słowami: „Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały wśród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono.”. Mamy więc do czynienia z człowiekiem, który nie znał osobiście Jezusa, wiele natomiast o Nim słyszał, towarzyszył św. Pawłowi w jego licznych podróżach i pracach apostolskich. Był człowiekiem dociekliwym. Postąpił jak dziennikarz, który zafascynowany jakimś zdarzeniem udaje się „w teren”, rozmawia ze świadkami (wywiad z Maryją?), zbiera materiał, by w końcu napisać obszerny i wnikliwy „raport”. Jest więc bardzo wiarygodny dla współczesnego człowieka, który zazwyczaj bardziej ufa tzw. „metodom naukowym”. Prawda, którą starał się „wyśledzić” okazała się jednak tak porywająca i przekonująca, że nie pozwoliła mu poprzestać na zimnym stwierdzeniu faktów lecz uczyniła z niego gorącego głosiciela.

Łukasz był chrześcijaninem wywodzącym się spoza tradycji żydowskiej. W orędziu Jezusa szczególnie podkreśla więc powszechność zbawienia. Pomaga przełamać wielowiekowe przeświadczenie narodu wybranego o wyłącznym prawie do „swojego” Mesjasza. Za św. Pawłem odrzuca konieczność przyjęcia tradycji żydowskich przez ochrzczonych, którzy nawrócili się z pogaństwa (a którzy w krótkim czasie stanowili już zdecydowaną większość Kościoła). Chętnie przytacza wydarzenia, w których pozytywną rolę odegrali poganie (miłosierny Samarytanin /Łk 10,30-37/, wdzięczny Samarytanin /Łk 17,11-19/, setnik z Kafarnaum /Łk 7,1-10/ ), łagodząc lub pomijając te zdania, które mogłyby ich urazić. Zachwyca się dobrocią, łagodnością i miłosierdziem Jezusa dla najmniejszych . Jest jedynym, który przytacza przypowieść o synu marnotrawnym (czy też raczej o przebaczającym Ojcu) /Łk15,11-32/. Opisuje też wiele faktów uzdrowień posługując się fachową terminologią medyczną, co często tłumaczy się tym, że był z zawodu lekarzem.(św. Łukasz jest patronem lekarzy).

.

***************

Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.

Widząc to faryzeusz mówił sam do siebie: „Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”. Na to Jezus rzekł do niego: „Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go więcej miłował?” Szymon odpowiedział: „Sądzę, że ten, któremu więcej darował”. On mu rzekł: „Słusznie osądziłeś. Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu się mało odpuszcza, mało miłuje.” Łk 7,36-50

Gdy uświadamiamy sobie jak wiele zostało nam wybaczone, rozpala się w nas miłość. Ona z kolei mówi nam jak wiele jest w nas jeszcze do wybaczenia i wtedy rodzi się żal, że zraniło się Miłość. Błagając o wybaczenie już się go otrzymuje i ze zdumieniem pełnym radości i wdzięczności chce się kochać jeszcze bardziej. Lawina miłości.

************************

Czas Kościoła – czas Ducha Św.

Ewangeliście św. Łukaszowi przyznaje się autorstwo „Dziejów Apostolskich” – piątej (po czterech Ewangeliach) księgi Nowego Testamentu . Rozpoczyna ją od opisu Wniebowstąpienia Jezusa:

„…gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi”. Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: „mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”. (Dz 1,8-11)

Jezus zakończył swoją misję, spełniły się wszystkie proroctwa Starego Testamentu, Mesjasz przyniósł zbawienie, dokonało się najważniejsze wydarzenie w historii, na które naród wybrany czekał od tysięcy lat. Ci, którzy przyjęli tę radosną nowinę uważali, że historia ludzkości osiągnęła swój cel i kres. Cóż jeszcze mogłoby się wydarzyć? Wierzący oczekiwali rychłego powrotu Chrystusa w chwale i ostatecznego zakończenia dziejów. Wielu z nich „uporczywie wpatrywało się w niebo” zaniedbując nawet swoje codzienne obowiązki. Ale „ten dzień” nie nadchodził. Gdy oczekiwanie przedłużało się istniało niebezpieczeństwo utraty czujności i gotowości na przyjście Pana.

Św. Łukasz w swoich pismach prezentuje odmienną koncepcję. Misja Jezusa nie była „ukoronowaniem historii” lecz jej centrum. Otworzyła nową epokę – epokę Ducha św. i Kościoła. Jego powstanie i dynamiczny rozwój opisuje Łukasz w swoich „Dziejach” (zwłaszcza działalność misyjną św. Pawła, któremu prawdopodobnie towarzyszył w licznych podróżach). Do czasu Wniebowstąpienia to Jezus był osobą aktywną, „działającą”, teraz apostołowie i uczniowie, wszyscy wierzący tworzący Kościół otrzymali moc, aby kontynuować Jego misję: „będziecie moimi świadkami” – a więc do roboty! Jezus nadal żyje i działa w Kościele przez swojego Ducha: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20b).

„Dzieje Apostolskie” opisują przerażenie i zagubienie uczniów Chrystusa po Jego odejściu oraz ich pełne mocy i odwagi głoszenie Ewangelii gdy zostali napełnieni Duchem św. Są dokumentem sposobu życia pierwszych wspólnot chrześcijańskich, entuzjazmu i radości licznych nawróceń, radykalizmu gotowego na prześladowanie i męczeństwo (św. Szczepan) a także pierwszych problemów, rozstrzygania sporów i rozeznawania właściwych dróg w nowych sytuacjach. Wiele miejsca poświęca autor (Grek z pochodzenia) np. sprawie warunków przyjmowania chrztu przez nawracających się z pogaństwa. Potrzeba było czasu i wielu znaków aby kolegium apostołów jednoznacznie odrzuciło forsowaną przez frakcję judaizującą konieczność przejmowania przez nowoochrzczonych pełnej tradycji żydowskiej i Prawa Mojżeszowego. Tej sprawie był m.in. poświęcony pierwszy Sobór Jerozolimski opisany w 15 rozdziale „Dziejów”. Tam też możemy podziwiać rosnącą siłę oddziaływania autorytetu św. Piotra: Po długiej wymianie zdań przemówił do nich Piotr: ”Wiecie, bracia, że Bóg już dawno wybrał mnie spośród was, aby z moich ust. poganie usłyszeli słowa Ewangelii i uwierzyli. Bóg, który zna serca, zaświadczył na ich korzyść, dając im Ducha Świętego tak samo jak nam. (…) Dlaczego więc teraz Boga wystawiacie na próbę, wkładając na uczniów jarzmo, którego ani ojcowie nasi, ani my sami nie mieliśmy siły dźwigać. Wierzymy przecież, że będziemy zbawieni przez łaskę Pana Jezusa tak samo jak oni”. Wtedy umilkli wszyscy…(Dz 15,7-12)

****************************

Jezus uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu

Jezus nie dał gotowych odpowiedzi na wszystkie pytania, pozostawił miejsce na nasze odczytywanie „znaków czasu” w Duchu Ewangelii, pozwolił na nasze nieraz mozolne, pełne trudności i wątpliwości, a nawet błędów, poszukiwanie prawdy. Tej prawdy poszukujemy zarówno w wymiarze jednostkowym – własnego życia, jak i całej wspólnoty Kościoła. („Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy”) (J 16,12-13a).

Często wiara, Bóg i Jego zamysł jest dla nas jakby osłonięty obłokiem – niewiedzy, niepewności. Nie możemy Go dotknąć, zrozumieć, ogarnąć. Czasami wydaje się , że już, już coś z tego pojmujemy i wtedy obłok gęstnieje. Bóg objawia się jednocześnie ukrywając (sakramenty!). Nie daje się zatrzymać i określić żadnym pojęciem. Jest niedostępny dla naszego umysłu. Pozwala się dotknąć tylko miłością.

********************************

Ewangelia wg św. Jana

Jan Ewangelista. Najmłodszy w gronie apostołów, brat Jakuba, porywczy i gwałtowny (obaj bracia, synowie Zebedeusza otrzymali przydomek „synowie gromu”). Rybak z Betsaidy w Galilei, mimo młodego wieku znany samemu arcykapłanowi (J 18,15-16). Przygotowywany do chodzenia „Bożymi drogami” przez Jana Chrzciciela, a potem wierny, umiłowany uczeń Jezusa.

Pisał swój tekst Ewangelii prawdopodobnie wiele lat (m.in. przebywając w Efezie w Grecji, gdzie pełnił posługę biskupa), w atmosferze wiary pierwszych wspólnot chrześcijańskich, korzystając z dorobku kształtującej się liturgii. Cieszył się wówczas wielkim autorytetem wśród współwyznawców. Niektórzy interpretując dosłownie słowa Chrystusa (J 21, 22-23) byli przekonani, że nigdy nie umrze. Istotnie, osiągnął wiek bardzo czcigodny. Praca została zakończona ok. roku 95 po narodzeniu Chrystusa, niewykluczone, że ostateczną postać tekstu redagowali jego uczniowie.

Jan pisał swoją Ewangelię po wielu latach przemyśleń, refleksji, modlitwy, tęsknoty za ukochanym Mistrzem. Nie musiał (jak ewangelista Łukasz) szukać śladów Jezusa ten, który był z Nim od początku, który dzielił z Nim trudy wędrowania, który mógł już za życia oglądać blask Jego chwały na Górze Przemienienia (Tabor). Nie musiał udowadniać prawdy ten, który podczas Ostatniej Wieczerzy złożył swoją głowę na piersi Pana, „przyłożył ucho do Jego serca”, czerpał prawdę prosto ze źródła, z serca do serca. Nie musiał szukać świadków ten, który odważnie i z miłością stał pod krzyżem Jezusa.

Jeśli tekst Łukasza można by w dużym uproszczeniu nazwać „ewangelią rozumu”, to tekst Jana zasługuje na określenie „ewangelii serca”. Zwraca uwagę nie tyle na same fakty, co na ich głębię, znaczenie duchowe. Nie zatrzymuje się na opisie zewnętrznym zdarzeń z życia i działalności Jezusa, lecz chce dotrzeć do istoty Jego przesłania, misji Słowa, które stało się Ciałem. Ponieważ język jest za ubogi, aby to wyrazić wprost, często formułuje wypowiedzi Jezusa posługując się symbolami, alegoriami, porównaniami. Chociaż pisał w języku greckim, tekst ma wiele cech hebrajskich (np. liczne powtórzenia sprawiające czasem wrażenie monotonii). Mimo to jednak jego styl bliższy chyba jest poezji niż kronice, wymaga od czytającego dużej „uwagi serca”, raczej przeczucia dotykanych treści niż ich dogłębnego zrozumienia. Bo czy zrozumiemy do końca, co to znaczy, że Jezus jest „źródłem wody żywej, chlebem życia, światłością świata, bramą owiec, dobrym pasterzem, drogą, prawdą i życiem, krzewem winnym, …”?

Odpowiadając na błędne nauki niektórych pseudo-nauczycieli (obecnie byliby to np. świadkowie Jehowy) w wielu miejscach podkreśla dobitnie jedność Ojca i Syna: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30), „Tak długo jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: Pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie?” (J14,9-10) . Szczególnie zwraca uwagę częste stosowanie zwrotu „Ja Jestem …”, które w tradycji hebrajskiej było traktowane jako święte imię Jedynego Boga (Jahwe – „Jestem, który Jestem” – takie imię usłyszał Mojżesz podczas rozmowy z Bogiem objawiającym się w płonącym krzewie), ma więc podkreślić boską godność Chrystusa i oddać należną Mu chwałę.

******************************

Był wśród faryzeuszów pewien człowiek, imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Niego nocą i powiedział Mu: „Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków , jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim”. W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: „Zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego”. Nikodem powiedział do Niego: „Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?” Jezus odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło jest duchem. (…) A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.(J 3,1-17)

Nikodem przyszedł do Jezusa w nocy, gnany ciekawością (?), niepokojem (?), pragnieniem poznania prawdy? Zapewne nie chciał narazić się w „swoich sferach” na śmieszność, ale był zbyt uczciwy, żeby nie zauważyć dokonujących się nadzwyczajnych znaków.

Dzisiaj, tak jak i wtedy, otoczenie nie jest przychylne Jezusowi. Wiem jednak, że tylko On jest Drogą, Prawdą, i Życiem. Jest dawcą prawdziwego, pełnego życia, prawdziwego pokoju. Ma moc odmienić to co jest małe, słabe i grzeszne. Muszę do Niego przychodzić jak najczęściej, choćby i w nocy.

Zwłaszcza w nocy zwątpienia, słabości, niepokoju i smutku. Wtedy mogę usłyszeć radosną nowinę, że Bóg posłał swego Syna po to, by świat (więc i ja!) został przez Niego zbawiony. Wtedy mogą się zdarzyć cudowne, powtórne narodziny.

***************

Ewangelia wg św. Mateusza

Mateusz był jednym z urzędników w Palestynie, spełniał obowiązki i czerpał profity (nie zawsze uczciwe) z intratnej posady celnika, czyli poborcy podatkowego. Należał więc do grupy ludzi bogatych ale niezbyt lubianych, a nawet pogardzanych przez „uczciwych” obywateli. Pewnego dnia w jego życie wkroczył Jezus. Przechodząc koło siedzącego przy cle Mateusza spojrzał na niego i powiedział: „Pójdź za Mną!” Jak wielką moc musiało mieć to spojrzenie! Mateusz zostawił swoją komorę celną, swoje pieniądze i wyruszył w nieznane za Tym, który pociągnął go pełnym miłości i zrozumienia rozświetlającym, uzdrawiającym spojrzeniem. Został Jego uczniem, potem apostołem.

To właśnie apostołowi Mateuszowi tradycja przyznaje autorstwo pierwszej (w kolejności spisu a nie czasu powstania) Ewangelii, chociaż nie wyklucza się współudziału innych osób. Tekst powstawał przez wiele lat, pierwotnie w języku aramejskim, łącząc i rozbudowując istniejące źródła ustne jak i pisane, zwłaszcza zredagowaną wcześniej Ewangelię wg św. Marka. Ostateczną postać (w języku greckim) uzyskał ok. roku 80.

Ewangelia wg św. Mateusza wiele miejsca poświęca nauczaniu Jezusa, zawiera szereg wypowiedzi, mów Jezusa, (Kazanie na Górze, mowa misyjna, przypowieści), przeplatanych relacjami cudów i innych Jego działań. Była kierowana szczególnie do chrześcijan pochodzenia żydowskiego. Autor sam wychowany w tradycji żydowskiej doskonale orientuje się w Prawie oraz pismach Proroków i taką znajomość zakłada u swoich czytelników, zasadniczo nie tłumacząc używanych nazw, pojęć i zwyczajów. Systematycznie natomiast stara się podkreślić i wykazać, że Jezus jest oczekiwanym przez naród wybrany Mesjaszem, że w Nim wypełniły się proroctwa Starego Testamentu. W tym celu przytacza znaczną ilość (ok. 70) cytatów ze Starego Testamentu, zwłaszcza Proroków, w ich świetle interpretując opisywane wydarzenia, „wypunktowuje” spełnienie Bożych obietnic i zapowiedzi (m.in. narodzenie z Dziewicy – Iz 7,14; narodzenie w Betlejem – Mi 5,1; nawrócenie pogan – Iz 9,1-6; wjazd do Jerozolimy na oślęciu – Za 9,9). Jezus czyni wszystko, „żeby się wypełniło Pismo” (Mt 26,56). Znamienny jest rozpoczynający Ewangelię obszerny rodowód Jezusa, wykorzystujący w swojej strukturze silnie utrwaloną u ludów semickich symbolikę liczb (np. liczba 7). Rodowód składa się z trzech sekwencji zawierających po 14 pokoleń każda (14 jest „liczbą Dawida” – sumą liczb przypisanych poszczególnym spółgłoskom imienia, a liczba trzy wyraża pełnię, doskonałość). Ma on wykazać, że Jezus jest rzeczywiście potomkiem króla Dawida, wymienionego na liście, ale znacznie przewyższającym go godnością. („Dawid do sześcianu”)

Mateusz będąc przedstawicielem narodu wybranego ma prawo być szczególnie rozgoryczony zachowaniem swoich pobratymców, którzy nie tylko, że nie przyjęli Jezusa Chrystusa, ale własnymi rękami zabili swoje Zbawienie. Rozumie głębię bólu Jezusa, który płacze nad Miastem: „Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście”.

Jezus jako człowiek szanuje i wypełnia prawo swojego narodu, chociaż ostro krytykuje faryzeuszy i uczonych w Piśmie, którzy to prawo zniekształcają i wypaczają prawdziwy obraz Boga (wielokrotne „biada” Mt 23, 13-36). Chrystus został posłany przede wszystkim do ludu izraelskiego, ale ten nie rozpoznał „czasu swojego nawiedzenia”, do Królestwa wyprzedziły go inne narody tworząc nowy lud Boży – Kościół. Zapowiedzią i pierwszym znakiem jego powstania jest opisany jedynie przez Ew. Mateusza hołd Magów ze Wschodu. Są oni przedstawicielami narodów całego świata, któremu zbawienie przyniósł Jezus Chrystus.

Czy i nad nami czasem nie płacze On tak, jak kiedyś nad Jerozolimą?

*******************

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.” (Mt 11,28-30)

Gdy kogoś kochamy, pragniemy być z tą osobą jak najczęściej, sprawiać jej radość, dać jej jak najwięcej. Jesteśmy nieszczęśliwi, jeśli nie mamy okazji nic dać, cierpimy jeszcze bardziej, gdy ten ktoś niczego od nas nie chce. Wielki jest np. ból rodziców, których dzieci uważają za niepotrzebnych.

Boże, Twoje serce krwawi. Tak wiele chcesz mi dać, a ja nie umiem (?), nie chcę (?) wziąć. Jak bardzo ranię serce Jezusa nie oczekując od Niego niczego, nie prosząc o nic, omijając Go z daleka. Jedynym Jego pragnieniem jest przecież moje szczęście i On jedyny może mi je dać. Gdy jestem blisko Niego, wszystko jest dobre i na właściwym miejscu, gdy odwracam się od Niego zapada wokół ciemność. On nie potrzebuje moich modlitw, moich dobrych uczynków. Nie brakuje Mu niczego, jest przecież Panem całej ziemi i wszystko do Niego należy i ja też. Radość sprawia Mu ufne, oddane spojrzenie pełne miłości, wdzięczności i zawierzenia, cokolwiek niesie dzień.

*****************

Ewangelia wg św. Marka – Najstarsza Ewangelia

Gdybyśmy chcieli być w zgodzie z chronologią redagowania Ewangelii, powinniśmy w pierwszej kolejności zapoznać się z Ewangelią wg św. Marka, która powstała najwcześniej, bo ok. r. 60 – 70 po narodzeniu Chrystusa. Jej autorem jest prawdopodobnie prezbiter Marek, którego czasem utożsamia się z Janem Markiem, synem Marii której dom mógł być miejscem Ostatniej Wieczerzy a także miejscem zebrań pierwotnej gminy jerozolimskiej. Może to sugerować zawarty tylko w tej wersji Ewangelii (Mk14,51-52) epizod w Ogrodzie Oliwnym po pojmaniu Jezusa – tajemniczą postać uciekającego młodzieńca zawiniętego w prześcieradło wiąże się z Markiem – przyszłym ewangelistą.

Ewangelista Marek nie należał do grona uczniów Jezusa, zapewne nigdy Go osobiście nie słyszał. Towarzyszył natomiast Piotrowi w jego pełnym mocy i żarliwości głoszeniu Królestwa Bożego m.in. w Rzymie, był jego uczniem i tłumaczem. Swój przekaz opiera więc na autorytecie i nauczaniu św. Piotra. W swojej pracy podjął się jako pierwszy zebrania istniejących, rozproszonych przekazów ustnych, dokumentów pisanych, utrwalonych tekstów liturgicznych, a zwłaszcza tego, co usłyszał z ust wiernego świadka – św. Piotra. Układając całość z tej mozaiki starał się jak najmniej ingerować w istniejące, uznane przez wspólnotę wierzących teksty, przekazać je jak najwierniej. Ustalenie kolejności i miejsca wydarzeń było podporządkowane temu głównemu celowi. Nie starał się „upiększać” i efektownie stylizować tej kompozycji. Tekst jest dość surowy, sformułowania są bardzo oszczędne i lakoniczne, a jednocześnie pełne prostoty i naturalności. Najczęstszym łącznikiem między poszczególnymi obrazami jest spójnik „i” (lub zamiennie „a”), pojawiający się bardzo często także na początku zdania: „I wnet rozeszła się wieść…”, „I chodził po całej Galilei…”, „A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.”. Można to zauważyć w tekście oryginalnym pisanym po grecku, gdyż tłumacze (np. powszechnie używanej przez nas tzw. Biblii Tysiąclecia) starali się ten styl nieco „poprawić”.

Ewangelia wg św. Marka jest najstarsza i jednocześnie najkrótsza (składa się z 661 wierszy, podczas gdy tekst Mateusza z 1068 wierszy, a Łukasza z 1149 wierszy), zawiera przede wszystkim zwięzłe opisy wydarzeń, cudów, uzdrowień. Nie znajdziemy w niej wielu wypowiedzi Jezusa, które tak obszernie przytacza Ewangelista Łukasz a zwłaszcza Mateusz. Obaj w swoich pismach wchłonęli zebrany przez Marka materiał (trochę może nawet dziwić fakt, że tekst Marka nie „rozpłynął się” ale pozostał odrębną księgą) a oprócz tego korzystali obszernie z dodatkowego, nieznanego źródła tzw. „Mów Jezusa”, które bibliści określają źródłem „Q”. Zdecydowanie najobszerniej i najdokładniej potraktowany jest opis wydarzeń od Ostatniej Wieczerzy do Zmartwychwstania.

Porównując analogiczne opisy w poszczególnych ewangeliach synoptycznych możemy stwierdzić, że św. Marek wyraziściej, bardziej bezpośrednio maluje postać Jezusa, Jego ludzkie odruchy i uczucia. Jezus bywa rozgniewany, oburzony, zawiedziony, „nie mógł zdziałać żadnego cudu z powodu ich niedowiarstwa”, krewni chcieli Go pochwycić uważając za obłąkanego. Tylko w ew. św. Marka Jezus trzykrotnie modli się w Ogrodzie Oliwnym o odsunięcie cierpienia (w innych tekstach tylko raz), tylko tutaj przytoczone jest pełne dramatyzmu wołanie na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił”. Jednocześnie podkreślona jest nadzwyczajność Jego osoby, która wszędzie przyciągała tłumy. Boskość Jezusa wykazana jest przez odwołanie się do Jego czynów, które wywierają tak głębokie wrażenie.

Działalność Jezusa rozpoczęła się w Galilei, pośród zwykłego, ludzkiego życia, wśród pól uprawnych, połowu ryb, rozpalonych słońcem, zakurzonych dróg. Tam dzień za dniem dzielił trudy, troski i radości swoich rodaków, nawiązywał głębokie więzi przyjaźni ze swoimi uczniami. Tak bardzo prosto i zwyczajnie żył wśród nich, prawdziwie był (i nadal jest, chociaż w inny sposób) Emmanuelem, czyli „Bogiem z nimi”. Po wypełnieniu swojej misji, po wielkim wydarzeniach w Jerozolimie – śmierci i Zmartwychwstaniu – ukazał się swoim uczniom i posłał ich do miejsc rodzinnych, do Galilei.

Idźcie do Galilei”.

Jeśli chcemy spotkać Jezusa Zmartwychwstałego, nie musimy szukać specjalnych miejsc, nadzwyczajnych wydarzeń. Spotkać Go możemy najpewniej w naszej Galilei – zwykłej, codziennej pracy i modlitwie, w Nazarecie naszych rodzin, naszych problemach i wątpliwościach, naszej przyjaźni i miłości. Galilea jest wszędzie tam, gdzie pośród swoich uczniów żyje, działa i naucza zmartwychwstały Pan.

***************

Pierwsza Msza święta – Ofiara i uczta

A gdy nadeszła pora, zajął miejsce u stołu i Apostołowie z Nim. Wtedy rzekł do nich: Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał. Albowiem powiadam wam : Już jej spożywać nie będę, aż się spełni w królestwie Bożym. Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!” Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: „Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana.” / Łk 22,14-16, 19-20 /

Dwaj uczniowie byli w drodze do wsi, zwanej Emaus. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak, że Go nie poznali. (…). On rzekł do nich: „O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?”. I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej, lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”. /Łk 24,13-32/

Długo trwała pierwsza Msza św.

Rozpoczęła się wieczerzą pożegnalną w Wielki Czwartek w gronie najbliższych – uczniów, którzy towarzyszyli Jezusowi podczas Jego trzyletniej wędrówki. Po niej ciężka, „jak krople krwi” modlitwa w Ogrodzie Oliwnym w poczuciu trwogi przed męką oraz odrzucenia, niezrozumienia, osamotnienia i opuszczenia, nie tylko przez naród wybrany ale nawet przez ukochanych uczniów, którzy zawsze mogli liczyć na pomoc Jezusa a w tej tak trudnej dla Niego chwili woleli pospać. Potem noc spędzona na poniewierce po różnych sądach „od Annasza do Kajfasza” by po ubiczowaniu i drodze na wzgórze kaźni wśród dzikiego, złorzeczącego tłumu dotrzeć przed południem w Wielki Piątek do miejsca przeznaczenia – spełnienia i ofiary. Wreszcie około sześć godzin konania z bólu rozrywanego ciała, upływu krwi, systematycznego, powolnego duszenia się, zakończonego wołaniem: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”.

Wszystkie te wydarzenia rozpamiętujemy podczas odprawianych wspólnie i indywidualnie Dróg Krzyżowych, Gorzkich Żali, staramy się z całego serca uczestniczyć we wspomnieniu tej pierwszej Mszy świętej, która, jak możemy się zorientować, trwała około 24 godzin (można by jeszcze ten czas rozciągnąć do poranka Zmartwychwstania). Czy byli jacyś uczestnicy tej Mszy? Oczywiście, bardzo wielu. „Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, i Maria Magdalena”, oraz jeden uczeń Jan (reszta zwiała, być może przyglądali się biegowi wydarzeń z bezpiecznej odległości). Byli żołnierze – oprawcy, grający w kości i bawiący się cudzym kosztem, byli też drwiący i szydzący członkowie Wysokiej Rady, dwóch złoczyńców – towarzyszów Jego męki, ale najwięcej było gapiów bezmyślnie przyglądających się temu widowisku, nie potrafiących wykrzesać z siebie odrobiny współczucia. Byli również przypadkowi przechodnie, którzy przelotnie spojrzawszy na zbiegowisko szli dalej nie przerywając rozmowy jak taniej kupić i jak drożej sprzedać. Reszcie nie chciało się w ogóle wychodzić z domu i przerywać swoich zajęć z tak błahego powodu jak śmierć jednego więcej przybłędy.

Jakimi my jesteśmy uczestnikami Mszy św. – ofiary i uczty przygotowanej przez Jezusa? Czy przychodzimy by stanąć pod Jego krzyżem, współcierpiąc i spożywając owoce tej ofiary w Komunii św.? Może raczej wolimy przyglądać się z daleka, nie wnikając w istotę spełnianej ofiary, pozostając gapiami. Niektórzy zachowują się jak wspomniani żołnierze – podczas Mszy św. poza murami świątyni rozmawiając, dowcipkując, paląc papierosy(!), inni załatwiają swoje interesy, jeszcze innym szkoda czasu na takie „bezproduktywne” zajęcie i wcale nie przychodzą. Są tacy, którzy nie wchodzą do kościoła, stoją na zewnątrz bo jest im duszno. A czy Jezusowi podczas kilkugodzinnego konania w palącym słońcu nie było duszno?!! Czy nie był głodny i nie bolało Go „w krzyżu”? Naprawdę nie stać nas na odrobinę ofiary z siebie choćby z prostej wdzięczności, solidarności w cierpieniu, nie wspomnę o zadośćuczynieniu? To do nas mówi Jezus z wyrzutem: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze mną?” Jeśli uczestniczenie we Mszy św. łączy się dla nas z jakimś trudem – tym lepiej! Łatwiej nam wtedy współodczuwać z Jezusem i wniknąć w sens ofiary, bez której nie ma miłości. Radośniej też uczestniczyć w Eucharystii, która jest dziękczynieniem, lekarstwem i wzmocnieniem w naszych codziennych niedomaganiach i zadatkiem zmartwychwstania. Oby i nasze serca pałały radością SPOTKANIA jak serca uczniów wędrujących do Emaus.

**********************

Nasze Betlejem

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: „Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy „Bóg z nami”. (Mt 1,18-23)

**************

Boże Narodzenie. Kolędy, choinka, szopka, prezenty, przysmaki. Jak miło, rodzinnie, przytulnie, bezpiecznie.

Jak łatwo zatrzymać się na tej zewnętrznej, słodko – mdłej oprawie, łzawych wzruszeniach. Czym jednak tak bardzo się wzruszamy? Anielską twarzą Maryi? Słodkim snem Dzieciątka? Nieporadnością i prostotą pasterzy? Czy to można nazwać przyjęciem Boga, zdecydowanym zaproszeniem Go do naszego życia, czy w ten sposób Bóg narodzi się w nas? Przyjrzyjmy się jak przyjęli Boga Maryja z Józefem.

Pierwsza usłyszała nowinę Maryja. Anioł przyniósł jej radosną a zarazem bardzo trudną propozycję – może zostać matką Mesjasza. Od tysięcy lat naród wybrany na tego Mesjasza czekał, prorocy opisywali okoliczności Jego przyjścia. Wiele kobiet czułoby się zaszczyconych taką rolą, niektóre nawet dobrowolnie pozostawały w dziewictwie aby być gotowymi na podjęcie tej godności (być może Maryja była jedną z nich). A więc radość z wielkiego wyróżnienia, ze zbliżającego się wypełnienia obietnic Bożych. Może zdziwienie i zawstydzenie osoby bardzo skromnej i pokornej (właśnie ja?!). Ale przecież była zaręczona, według zwyczaju dopiero po upływie roku małżonkowie mogli zamieszkać razem. Do tej pory na pewno uważnie przyglądano się narzeczonej. A prawo ówczesne było bezlitosne, cudzołóstwo karane było śmiercią przez ukamienowanie. Czy można przypuszczać, że ludzie uwierzą, że to sprawa Ducha Świętego? Czy my byśmy uwierzyli? Maryja stanęła więc przed realnym zagrożeniem swojego życia. Co gorsze nie tylko postronni ludzie mogli ją potępić, ale Józef … . Przecież go kochała, może go ogromnie zranić, sprawić mu ból, sprawić wrażenie, ze go oszukała. Bóg postawił Maryję w bardzo trudnej sytuacji, mógł zawalić się cały jej świat, jej plany szczęśliwego życia. Po ludzku patrząc sprawa była beznadziejna. Najczęściej mówimy wtedy: „Boże, chyba wymagasz rzeczy niemożliwych, zapukaj do innych drzwi”. Maryja zaufała, zaufała wbrew wszelkiej ludzkiej nadziei, powierzyła swój los w najlepsze ręce gotowa przyjąć z tych rąk każde rozwiązanie. FIAT. NIECH SIĘ STANIE JAK TY CHCESZ, PANIE.

Po pewnym czasie efekty anielskiej radosnej nowiny mógł dostrzec Józef. Co wtedy czuł? Zraniona męska duma, złamana miłość, zawiedzione zaufanie? Zwyciężyła miłość. Postanowił wziąć na siebie całą winę aby uchronić Maryję przed śmiercią. Tu znowu musiał interweniować Boży posłaniec. Ludziom tak trudno zrozumieć Boże plany i uwierzyć. Maryja i Józef wiedzieli, że to co można zrobić najlepszego, to zaufać i być gotowym na wszystko. Dla Boga. Tylko w takim otwartym sercu może narodzić się Bóg, innym przysyła tylko swoje zdjęcia (kartki świąteczne).

Przyjście na świat Boga nie było sielanką, wprost przeciwnie. Jeśli wczytamy się w tekst Ewangelii możemy znaleźć przerażającą twardość, bolesną rzeczywistość, głębokie upokorzenie. Bo czyż możemy wyobrazić sobie większe upokorzenie niż narodziny w stajni, w warunkach urągającym podstawowym wymaganiom higieny, gdzieś w drodze, daleko od domu, bez szansy na jakiekolwiek ludzkie warunki opieki nad noworodkiem? Jezus przyszedł na świat jak ostatni nędzarz. Dlaczego właśnie tak? Chyba tylko dlatego, żeby nikt nie mógł czuć się za mały, niegodny. Bóg nie siedzi gdzieś w swoim pałacu w chmurach, ale dotyka ziemi i to bardzo mocno. Tak bardzo kocha nas, swoje dzieci, że jest gotów znieść najgorsze warunki, byle tylko być z nami, być Emmanuelem. Tak wielki dar, tak wielkie poniżenie Wszechmocnego, aby przywrócić nam godność, odrodzić i podnieść z upodlenia. „Poznaj swoją godność, chrześcijaninie! Stałeś się uczestnikiem Boskiej natury (…). Pomnij, jakiej to Głowy i jakiego Ciała jesteś członkiem. Pamiętaj, że zostałeś wydarty mocom ciemności i przeniesiony do światła i królestwa Bożego.” (św. Leon Wielki).

Jak dobrze jest żyć z Jezusem pod jednym dachem. On puka do naszych serc, czeka na zaproszenie, niech nie pozostanie bezdomny.

********************

Powierzony skarb

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według prawa Mojżeszowego, przynieśli Dziecię do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. (Łk 2, 22 – 23)

Po upływie czterdziestu dni od narodzenia Jezus został przyniesiony do świątyni. Maryja i Józef zgodnie z Prawem i własnym przekonaniem ofiarowali Go Bogu. Wiedzieli, że to Dziecko należy do Pana, zostało im powierzone tylko na jakiś czas. Jego prawdziwym Ojcem jest Bóg a jedynym zadaniem jest żyć dla Niego.

Ta świadomość była głęboko ugruntowana w Izraelu, teraz powinniśmy odnowić to przekonanie, że każde dziecko (ogólnie – każdy człowiek) jest darem Boga i Jego własnością. Wyrażamy tę prawdę wtedy gdy ofiarujemy dziecko Bogu przynosząc je do Chrztu. Dziecko (to nienarodzone również) nie należy do rodziców, ono należy do Boga. Rodzice otrzymują je od Boga tylko „na wychowanie”, jakby w depozyt. Bóg powierza im swój wielki skarb i pragnie, aby byli obrazem Jego miłości i wychowali to dziecko dla Niego.

Naturalne jest więc, że celem wychowania powinno być przygotowanie człowieka do spotkania z jego prawdziwym Ojcem i do gotowości służenia Mu całym swoim życiem. Dziecko powinno nauczyć się słyszeć głos Ojca, żeby dobrze odczytywać Jego plany i z bliskiego, osobistego z Nim kontaktu czerpać moc do ich realizacji.

To nie ambicje i plany rodziców powinny określać drogę życiową młodego człowieka. Musi on samodzielnie rozeznać swoje powołanie, które proponuje Bóg. Musi mieć odwagę podjęcia wezwania i konsekwentnego realizowania mimo trudności. Nie ma nic bardziej godnego pożałowania niż człowiek, który rozminął się ze swoim powołaniem, lub je zaniedbał. Nie jest przekonujący kapłan, który traktuje swoje obowiązki jako konieczność i „dopust Boży”, wkładając serce w to, aby się dobrze i wygodnie urządzić, a miłość Boga i człowieka uważa za dawno przebrzmiały frazes. Jak przykro widzieć ojca, który nie ma czasu ani ochoty wysłuchać dziecka, tylko wszystko chce załatwić wrzaskiem lub biciem. Ze zdziwieniem patrzymy na żonę, którą irytuje we wszystkim jej własny mąż. Dawniej młodzi ludzie mieli zwyczaj przed ważnymi decyzjami życiowymi (wybór stanu życia, zawodu) pytać Boga w głębokiej modlitwie, nawet oddalali się na jakiś czas od zwykłych obowiązków, odprawiali rekolekcje, aby nie popełnić pomyłki, aby dowiedzieć się gdzie chce ich widzieć Bóg.

Często dorośli próbują zastępować Boga i wmawiają dziecku swoją wizję. Zdarza się, że np. babcia wymarzy sobie iż jej ukochany wnuczek zostanie księdzem, a ten tak przyzwyczai się do tej myśli od dzieciństwa, że „idzie na księdza” właściwie nie wiedząc dlaczego i po co. Bywa też przeciwnie: mamusia szybko chce „wydać” swoją córeczkę, żeby nie została sama. Że „kandydat” dość podłego gatunku? Nie szkodzi, najgorszy chłop lepszy niż żaden. A jaki arsenał szantażu uczuciowego a nawet bolesnych, obraźliwych słów potrafią wytoczyć najbliżsi, jeśli na nieszczęście i wstyd w rodzinie okazałoby się, że ta córeczka chciałaby zostać zakonnicą.

Przez wiele lat prowadziłam spotkania grup oazowych, głównie dziewcząt. Zdarzało się, że rodzice nie pozwalali swojej córce chodzić na te spotkania (ok. 2 godz. w tygodniu), obawiając się, że jeszcze zostanie zakonnicą. No bo kto to widział, żeby się tyle modlić. Przecież wystarczy być w niedzielę w kościele. Jednocześnie nie mieli większych oporów aby puścić swoją latorośl na dyskotekę, gdzie spotkać można papierosy, alkohol, chamstwo i przemoc. Do dziś pamiętam moje zdumienie i niezrozumienie takim „postawieniem na głowie” wychowania młodego człowieka.

Maryja i Józef dzień za dniem, przez wiele lat wspólnego życia z Jezusem bardzo przyzwyczaili się do Niego, był „ich” dzieckiem. Istniało niebezpieczeństwo, że mogą uważać Go za swoją własność. Wtedy dwunastoletni Jezus „zgubił się im” w Jerozolimie. Gdy szukali Go z wielką miłością ale i niepokojem musiał im przypomnieć, że nie oni są najważniejsi, że nie jest ich własnością: „Czemu Mnie szukaliście? Czy nie wiecie, że powinienem być w sprawach Ojca?”.

Prawdziwie kochać dziecko, to pozwolić mu odejść we właściwym czasie. Nie można go zatrzymywać egoistycznie dla spełnienia własnych marzeń czy poczucia bezpieczeństwa, gdyż tak postępując jesteśmy złodziejami – przywłaszczamy sobie to, co należy do Stwórcy. Nie wychowujemy dzieci dla siebie, nawet nie dla społeczeństwa, wychowujemy je dla Boga. Czy mamy świadomość, że najważniejsze w życiu, to „być w sprawach Ojca”?

Służyć Bogu mogę na każdym miejscu, pod warunkiem, że jest to moje miejsce, czyli to, które wyznaczył mi Bóg.

Wioletta Masiuda