Ksiądz Ignacy SDS donosi z Syberii
Drodzy Przyjaciele, Pascha 2003
„Coś mnie łupie w kręgosłupie!” Nie wiem, kto to powiedział, ale czuje ten problem w sobie. Dlatego na dwa tygodnie udałem się do szpitala. Lekarze tropią mego prześladowcę i pewnie zlikwidują go. W piątek przed niedzielą palmową wracam do domu. Mój czas na leczenie nie jest dobry. Nie chodzi o sytuacje w świecie, lecz o duszpasterstwo. Przed Wielkanocą zawsze przybywa roboty. O tym wie każdy w parafii. Na Syberii tym bardziej. Księży brakuje, a ja spędzam „czas zbawienia” na szpitalnej kojce. Widocznie tak ma być Nie przystoi spierać się z Panem, który za mnie cierpiał rany. Niech będzie Jego wola, nie moja! Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą przenośny komputer. Dzięki niemu mogę wykonać pewna część robót i przy okazji napisać list do Was.
Zima w odwrocie. Ostatnie dni są przezroczyste i bardzo ciepłe. Śnieg stajał. Słoneczko wysuszyło błoto na jezdniach i chodnikach. Lekki mróz pojawia się tylko w nocy. Wczoraj wieczorem młodzież świętowała dzień śmiechu. Miejsce zabawy znajdowało się nad brzegiem Angary w pobliżu szpitala. Muzyka wdzierała się do jego sal. Szkoda, że nie była kołysanką.
W pierwszym dniu kwietnia nikt mnie „nie nabrał”. Za to dziś rano sam siebie wpuściłem w maliny. W kabinie akupunktury usłyszałem ptasie śpiewy. Za parawanem wydawało mi się, ze płyną do mego ucha otwarte okno prosto z parku. Trzask kasety wyjmowanej z magnetofonu pozbawił mnie złudzeń.
Przed tygodniem podróżowałem do Chabarowska na Dalekim Wschodzie. Tylko w jedną stronę jechałem dwa i pół dnia. Przebyty odcinek jest bodaj najbardziej malowniczym fragmentem transsyberyjskiej magistrali. Tory biegną częściowo wzdłuż Bajkału, potem wiją się pośród gór, wbijając się w nie licznymi tunelami, i na koniec, jakby po prostej, docierają do sławnego grodu nad Amurem.
Zamarznięty Bajkał, to wielka zimowa pustynia z eremem dla siedmiu wiatrów. Każdy z nich ma swoje miano. Sławny Barguzin i nieobliczalny Sarma ustępują miejsca najsilniejszemu. Naród nazwał go słowem rodzaju żeńskiego „Gornaja”, bo jego siła dojrzewa w górach. Po nich ten niewidzialny smok stacza się na jezioro. Wieloma łapami rozrzuca śnieg na lewo i na prawo. Śnieżynki wirują, szybują, tańczą. Pod jego stopami zwały śniegu fałdują się jak skora na twarzy starca.
A jednak potężniejsze niż wiatry są zabajkalskie góry. Stoją niby nieruchomy poruszyciel: zastygłe w majestacie i jakby odwieczne. Z ich wnętrza bierze się ruch strumyków i rzek. Poruszy je też wiara, albo ręka boska. Z okna przedziału widać, ze góry jeszcze śpią. Pod kołdrą śniegu jest im dobrze. Teraz w cieple przedwiośnia nieco się obnażają, pokazując nagość skalnych zwalisk. Może za tydzień, a może za dwa, przebudza się na dobre i opowiedzą swoje długie sny szumem potoków, hukiem wodospadów i powodziami.
Skłony gór opadają na step równy jak stół. Jego pokryciem jest wyschnięta i zamarznięta trawa podobna do sierści mamuta w kolorze ścierniska. Torowisko przecina go. Jest jego szrama. Pociąg mocuje się z wiatrem na nim. Łagodny świst łaskocze ucho. Wszelkimi możliwymi szczelinami wpełza do wagonu zimno. Pasażerowie szczelnie zawijają się w koce. „Wyglądamy jak mumie” - stwierdza odkrywczo glos nade mną. W zimnie sen, nie sen.
Kolejny obrazek. Sąsiedzi w przedziale przestali grac w karty. Siedzą, milczą, patrzą w siebie. Chyba spotkały się w nich dwie monotonie: stepu i podroży.
Dookoła wagonu bezkresny step. Wzrok nie ma się na czym się oprzeć. W kadrze oka wszystko takie samo: wielka równina w kolorze siana z postrzępionym krzaczkiem, rosochatym drzewkiem, oszronionym torfowiskiem i wężykiem rzeczki. Nad stepem unosi się lekka mgła. Oku chce się zobaczyć ptaka. Ani mały, ani duży nie pojawia się na nieboskłonie.
W górach jest ciekawiej. Krajobrazy zmieniają się jak woda w rzece. Dwóch takich samych nie znajdziesz. Oto pierwszy, drugi i ostatni tunel. Pociąg i jego mieszkańcy zstępują do ciemności. Żarówka plafonu nie ma siły zapalić się. Palacze oszczędzają zapalniczki. Ktoś z nudów odlicza sekundy. W najdłuższym tunelu padła liczba sto pięćdziesiąt trzy. Po matematyce ciemności – kolej na jej psychologie: lżej znosi się ciemność z zamkniętymi oczami.
Co dwie godziny pociąg zatrzymuje się na stacji. Podróżni wysypują się z wagonów, jak piasek z pudla. Jednym wystarcza świeże powietrze i kilka prostych ćwiczeń gimnastycznych. Inni zaopatrują się w jedzenie i picie na dalsza drogę. Na peronach większych miast stoją kioski. Z ich uroda bywa rożnie. Za to oferta sprzedaży jest wszędzie taka sama: chłodne napoje, ciastka, cukierki, czasem kanapki i papierosy. Sąsiad z dużym złotym krzyżem na grubym złotym łańcuchu nie był z niej zadowolony. „W Ułan Ude zaopatrzenie jest lepsze” – powiedział i wbił nos gazetę. Czy kioski na rosyjskich dworcach nie są świadkami pogoni za Europa i jednego kroku cywilizacyjnego naprzód?
Niepowtarzalna atmosfera panuje na małych prowincjonalnych stacjach. Tam silniej niż w dużych miastach odczuwa się trudy życia. Nasz pociąg zatrzymuje się na jednej z nich. Wzdłuż peronu stoją rzędem przekupki. Wyglądają pięknie. Są to żywe matrioszki: jednako zakutane w chusty, jednako opatulone ciepłymi płaszczami i jednako schowanymi nogami w filcowe walonki. Każda z nich ma swoje, lepiej lub gorzej zorganizowane stoisko. Jego baza może być taboret, duża torba, karton, olbrzymi gar, wiadro i nawet wózek dziecięcy. Nadbudowę wykonuje się z gazet, ścierek i koców. Zgłodniali podróżni podchodzą do nich kupić gorące lepioszki, bliny, kotlety mielone, pieczone kurze nóżki i napoje, zwłaszcza piwo. Radość sprzedawania - kupowania trwa najwyżej 15 minut. Tuz przed odjazdem peron pustoszeje. Pociąg rusza. Przekupki zwijają interes i wracają do domów. Tam z pewnością przeliczają zarobione rubelki i zaczynają znów piec bliny i lepioszki. Za jakiś czas powrócą na swoj peron, nie bacząc na porę dnia i mróz. Wymuszona losem zgoda na trudne życie budzi szacunek.
Po pierwszej nocy przespanej w pociągu zobaczyłem z przerażeniem w lustrze swoje opuchnięte i zaczerwienione oblicze oraz mocno sklejone oczy. Widziałem siebie przez szczelinę w nich. Woda w toalecie, albo wilgotne serwetki higieniczne, których użyłem lub nadużyłem, wywołały alergie. Z tego powodu czekałem na przyjazd do miejsca przeznaczenia jak na zbawienie. Widok potężnego mostu na Amurze przyniósł mi ulgę. Na ładnej i zadbanej stacji z napisem Chabarowsk zrozumiałem, co to jest smak szczęścia. Wychodząc z niej, stanąłem oko w oko z potężnym pomnikiem atamana Chabarowa. Przywódca kozacki spogląda na przyjezdnych groźnie. Gdyby jeszcze przemówił: „Witam w moim mieście i proszę zachować się w nim grzecznie” – efekt byłby piorunujący i przestępczość mniejsza. W proboszczowskim samochodzie zapomniałem o wszystkich dolegliwościach, ponieważ moja uwaga skupiła się na szybko zmieniających się fragmentach miasta. Znalazłem się w nim pierwszy raz w życiu. Jest duże. Czy największe na dalekim Wschodzie? Z pewnością tak – podpowiada kierowca proboszcza.
Wielu z Was wie, jak bardzo kocham Irkuck. Kiedy spotykam miasto bardziej zadbane i czyste od niego, cierpię jak każdy lokalny patriota. W Chabarowsku do niedogodności związanych z alergia dołączyło się i to cierpienie. Chabarowsk jest naprawdę piękny i zadbany. Symfonia starego i nowego jest tu oczywista. Tych, którzy twierdza, ze rosyjskie miasta są szare i niezbadane, z pewnością zauroczy to miasto. Moja gorycz słodziła myśl, ze szeroki Amur i jego sławne fale nie są tak ładne i czyste jak Angara na odcinku Listwianka – Irkuck.
Chabarowsk ma trzy niewielkie katolickie parafie, które powoli rozwijają się. Najważniejsze jest to, ze wszystkie maja godne miejsca spotkań. Są to pomieszczenia adoptowane dla takiego celu. Władze miasta nie oddały katolikom drewnianego kościoła i ceglanej plebani. Nadzieja na to jest równa zeru. Chyba 10 lat temu w Chabarowsku zaczęła powstawać wspólnota kościelna pod kierunkiem o. Mirona, proboszcza z Władywostoku. W 1997 roku bp Józef Werth z Nowosybirska powierzył ją amerykańskim księżom ze zgromadzenia Marryknoll. Bp Jerzy Mazur ustanowił jeszcze dwie wspólnoty parafialne w tym ponad 700 tysięcznym mieście. Posługę duszpasterska spełniają w nim dwaj kapłani. Proboszczem jest o. Józef, Amerykanin, a wikariuszem – rzeszowianin o. Marek. Tamtejsze centrum duszpasterskie stanowi duży piętrowy dom z obszerną kaplica i salami do prowadzenia rozmaitych zajęć. W nim odbył się kolejny kurs katechetyczny i na nim miałem wykłady z teologii porównawczej. Ze względu na to, że Rosja jest krajem wielowyznaniowym ukazywałem dwudziestu młodym ludziom to, co łączy i dzieli chrześcijan.
Drodzy Przyjaciele, ostatni raz pisałem Wam na Boże Narodzenie. Od tego czasu nie zaszły w Kościele na Syberii istotne zmiany. Czekamy niezmiennie na biskupa Jerzego Mazura. Na święto Objawienia Pańskiego przyjechał do Irkucka sekretarz nuncjatury w Moskwie. Jego kazanie pokazało przesłanki nadziei. Po nim jeszcze mocniej czekamy na powrót Arcypasterza do własnej diecezji. W uroczystość św. Józefa, który jest jej patronem, irkuccy katolicy zebrali się na wieczorna modlitwę. Powód spotkania był bardzo radosny - odpust diecezji. Brakowało mu jednak tego namaszczenia, które wiąże się z obecnością biskupa w katedrze. Rytmiczny stukot pastorału, błogosławiąca biskupia ręka i dobre pasterskie słowo są znakami miłości Dobrego Pasterza Jezusa Chrystusa. Tego nas pozbawiono, za tym tęsknimy, to jest naszym głodem.
We Wielki Wtorek przybywa do Irkucka z Moskwy nowy, papieski nuncjusz arcybiskup Antonio Mennini, aby odprawić msze krzyżma świętego i na niej poświęcić oleje używane przy wprowadzeniu do katechumenatu i sprawowaniu sakramentów chrztu, bierzmowania, kapłaństwa i chorych. Wiadomość o tym uradowała diecezjan. Wielu z nich zjawi się w katedrze, aby zobaczyć nowego przedstawiciela Ojca Świętego w Rosji. Czekamy na słowo nuncjusza. Wiele się po nim spodziewamy. Potrzebujemy nie tylko wyświetlenia sprawy naszego Ordynariusza. Chcemy jakiegoś dobrego słowa na drogę niełatwego życia w Rosji. Opatrzność chce, aby pierwsza wizyta nowego nuncjusza w Irkucku odbyła się na cztery dni przed 19 kwietnia – dniem pierwszej rocznicy zatrzymania ba Jerzego Mazura na lotnisku Szeremietiewo 2 w Moskwie i odmowy wjazdu do Rosji. Ta niedobra data przypomina kapłanom i osobom zakonnym przybyłym do pracy w rosyjskich diecezjach zza granicy, ze ich los spoczywa w ręku urzędników państwowych, że od ich woli zależy być lub nie być w Kościele największego państwa świata.
W dni Triduum Sacrum będę myślał z wdzięcznością o tych, którzy wiarę w Jezusa Chrystusa zabitego na drzewie krzyża i zmartwychwstałego przekazali mi i teraz swoimi modlitwa mnie wspierają. Patrzę na te wiarę jak na skarb. Jak dobrze, że go znalazłem, że go mam! Moja paschalna wiara, to drożdże mojego duchowego rozwoju. Dzięki niej rosnę dla nieba i mam nadzieje na zmartwychwstanie i życie na nowej ziemi i w nowych niebiosach. Żal mi tych, którzy tej wiary nie mają i modle się, by stała się dla nich wodą życia. Cieszę się tymi, którzy tę wiarę mają To są moi bracia w drodze. To są ci ludzie, na których możesz liczyć Oni cię nie zdradzą, a pomogą. Oni mniej mówią, żeby więcej czynić. Chyba tylko z nimi można poważnie porozmawiać o szczęściu, bo oni na tym naprawdę się znają. Chcę lubić tych ludzi, modlić się z nimi i krzyczeć z nimi: „Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał!”
Wielkie „Bóg zapłać” za wszystko!
Zostańcie z Bogiem!
Wasz
o. Ignacy
Pomoc dla parafii można kierować na adres:
KSIĘŻA WERBIŚCI
- Bp Jerzy Mazur,
ul. Raszyńska 14,
05-816 MICHAŁOWICE,
BANK: Pekao S.A - Grupa PEKAO S.A IV ODDZIAL WARSZAWA
nr r-ku: 12401053-6000 3393-2700-401112-001-0000
P.S. Z dopiskiem dla o. Ignacy Pawlus SDS