Grzech ciężki czy lekki?

Grzech ciężki czy lekki?

Otrzymałem kiedyś (15 października) taki oto pełen niepokoju list:

Mam serdeczną prośbę do księdza. Na stronie internetowej “Katolika” jest umieszczony artykuł ks. Rafała Masarczyka SDS odnośnie grzechu ciężkiego i Eucharystii. W artykule tym ks. Masarczyk prowadzi rozważanie na temat grzechu ciężkiego i jego związku z nieobecnością na niedzielnej Mszy Św. Udowadnia w tym artykule, że nieobecność na niedzielnej Mszy Św. z powodu np. lenistwa czy zmęczenia jest grzechem powszednim a grzechem ciężkim jest tylko taka nieobecność, która ma na celu znieważenie Boga z pogardy dla Niego. Nie jestem ekspertem w tych sprawach ale zawsze myślałam, że opuszczenie Mszy Św. w niedzielę dlatego, że się ma ważniejsze sprawy lub że się nie chce iść z lenistwa czy zmęczenia jest grzechem ciężkim.

Znalazłam też taką wzmiankę w KKK:

2180 Przykazanie kościelne określa i precyzuje prawo Pańskie: “W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej”95. “Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego”.
2181 Eucharystia niedzielna uzasadnia i potwierdza całe działanie chrześcijańskie. Dlatego wierni są zobowiązani do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki.”
Czy w związku z powyższym mógłby mi ksiądz wyjaśnić umieszczone na stronie “katolika” rozważanie ks. Rafała Masarczyka SDS. Próbowałam wyjaśnić ten problem pisząc maile do redakcji strony internetowej, niestety nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
Z poważaniem
Urszula
****************
Odpowiedziałem wtedy krótko:

Bardzo trudno jest ważyć grzechy, bo kto ma do tego „dobrze zbalansowaną wagę? Nie mam pojęcia.

Ale, trzy przykłady:

1 – jestem lekarzem i od sobotniego do niedzielnego popołudnia mam dyżur w szpitalu, czyli 24 godziny. Wieczorem w niedzielę zasadniczo mógłbym jeszcze na siłę iść na Mszę św., ale po 24 godzinach ostrego dyżuru z kilkoma wezwaniami do chorych i np. jednym zgonem na zawał jestem padnięty i nie mam siły. Czy „niepójście” na Mszę św. będzie grzechem ciężkim? Czy Pan Bóg jest sadystą?

2 – całą noc siedziałem przy komputerze. Nie jest to moja praca, ale ot tak, dla zabawy, bez celu, bo było dobre połączenie W niedzielę śpię więc do południa i na wieczorną Mszę św. już mi się nie chce iść. Czy to jest do porównania z poprzednim przypadkiem?

3 – jestem na wakacjach. Każda niedziela to czas wolny i nie mam żadnych przeszkód w niedzielnej Eucharystii, ale towarzystwo, w którym się obracam jest zdecydowanie wrogo do Kościoła nastawione, więc żeby nie stracić kolegów i znajomości (być może cennych i wpływowych), nie narazić się na pośmiewisko ja również do kościoła nie chodzę.

Proszę te trzy przypadki porównać i powiedzieć, że w każdym z nich popełniłem grzech ciężki …

W ogóle sądzę, że moralność katolicka, to nie unikanie grzechów ciężkich. Słaba by to była moralność.

A więc co ? Oto jest pytanie, tym razem dla Pani
Ks. Kazimierz SDS

************

Moja odpowiedź została tak oto skomentowana przez Panią Urszulę, za co Jej bardzo dziękuję:

*** Bardzo trudno jest ważyć grzechy, bo kto ma do tego dobrze zbalansowaną wagę? Nie mam pojęcia. ***

Ja też nie mam, ale jak sam ksiądz napisał w artykule, są grzechy lekkie i te poważniejsze ze względu na poważne dobro, które niszczą. Gdyby tak nie było i nie było to ważne, nie byłoby takiego zróżnicowania grzechu. Pewnie należy zadać sobie pytanie, jak poważnym dobrem jest w tym wypadku niedzielna Eucharystia i co zostanie zniszczone jeśli świadomie i dobrowolnie zdecydujemy się na jej opuszczenie. Musi być to chyba ważne, skoro jest osobne przykazanie poświęcone temu i jest wyraźny zapis w KKK – “Dlatego wierni są zobowiązani do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki.” Przedstawił ksiądz trzy przykłady, które trudno jest porównać ze względu na inny charakter każdego z nich, ale czy w konsekwencji nie dotyczą one jednego – dobrowolnie opuszcza się Mszę Św., choć co do pierwszego przykładu byłabym skłonna dyskutować, ale zaznaczam, tylko dyskutować. Bo jeśli pojmie się wartość tego co zapisane jest jako prawo, to czy zmęczonym się jest czy nie, bez względu na powód – to czy oddanie chwały Temu, który z niezrozumiałej dla mnie przyczyny czeka na mnie z ucztą, szczególnie w ten jeden dzień w tygodniu – nie jest czystą zniewagą? On zna moją słabość i moje zmęczenie a jednak z jakiegoś powodu karze mi zaprzeć się samego siebie – by móc obdarować mnie czymś wyjątkowym.

Co do pozostałych przypadków które ksiądz opisał – dla mnie są one oczywiste, nie tylko z tego samego powodu wartości jaką przedstawia Eucharystia, ale z powodu błahostki jaką zasłania się człowiek chcąc się usprawiedliwić przed Stwórcą.

*** Ale trzy przykłady:

1 – jestem lekarzem …

A czy jeśli wyszłam za mąż i nie mam już serca dla męża który mnie bije i poniewiera a spotkałam cudownego człowieka i chciałabym z nim iść przez życie razem, bo jest czuły i opiekuńczy a Pan Bóg karze mi być mimo to żoną tego pierwszego – to czy nie jest wtedy sadystą? Czy będziemy kiedyś w stanie stwierdzić dlaczego Bóg chce pewnych rzeczy od nas, które nas czasem przerastają?

2 – całą noc siedziałem przy komputerze …

Dla mnie ten przykład to ewidentne lekceważenie zaproszenia na ucztę jaką wydał Bóg do mnie.

3 – jestem na wakacjach …

Co to za przyjaciele, którzy wobec mnie nie są tolerancyjni. Lepiej nie mieć takich przyjaciół w ogóle. Mam prawo do własnego wyznania czy to się komuś podoba czy nie. A do tego – czy godzi się zaprzeć Boga przed ludźmi, by i On się nas kiedyś nie wyparł. Cóż za wartość cały świat zyskać, a na duszy swej szkodę ponieść …

*** W ogóle sądzę, że moralność katolicka, to nie unikanie grzechów ciężkich. Słaba by to byłą moralność. A więc co ? Oto jest pytanie, tym razem dla Pani ***

Może słaba to moralność ale zawsze jakaś. Żeby nauczyć się unikać też grzechów lekkich, trzeba najpierw unikać tych, które są ważnej materii – nie dla przestrzegania prawa ale dla nas samych, by nie odcinać nici która nas wiąże z Bogiem. A jeśli ktoś tego nie rozumnie, to choćby dla przestrzegania prawa, po to tylko by wcisnąć się w wąskie drzwi jakie prowadzą do Królestwa Bożego, by móc usłyszeć słowa “byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię”.

Cała jednak sprawa, o którą pytałam dotyczy raczej czegoś innego. Czy dobrze jest w wyjaśnieniach o grzechu i Eucharystii przedstawiać go tylko i wyłącznie jako grzech lekki a tylko wówczas dużej materii, gdy wiąże się ewidentną pogardą dla Boga niejako z wyboru. Często ludzie czytający takie wyjaśnienia szukają usprawiedliwienia dla swojej niechęci do uczestnictwa w niedzielnej Mszy Św. Takim w moim mniemaniu był i ten przypadek, o który zapytał rozmówca ks. Masarczyka. Nie dam sobie oczywiście głowy odciąć, ale wydaje mi się, że ów człowiek nie koniecznie był silnie i zrozumiale związany z Bogiem a owa odpowiedź utwierdziła go w przekonaniu, że jak właściwie opuści Mszę Św. w niedzielę to nic się takiego nie stanie, bo przecież może przyjmować normalnie komunię Św. i może sobie na ten czyn pozwolić nawet częściej. Przecież to sam ksiądz ! mu odpowiedział, że jeżeli nie gardzi Bogiem to popełnia wtedy tylko grzech powszedni … Ludzie niestety mają dziś skłonność do interpretacji, która im bardziej odpowiada. Jeśli to trafi na taki grunt to wyda też odpowiednie owoce …

Czy zatem dobrze jest tak przedstawiać sprawę jak to zrobił ks. Rafał Masarczyk? – bez analizy konkretnego przypadku?

z poważaniem
Urszula

*******

Wtedy pomyślałem, że może należałoby rozwinąć temat i wyjaśnić więcej. Odpisałem więc Pani Urszuli z myślą o opublikowaniu naszej dyskusji.

******

Przede wszystkim chcę podziękować Pani Urszuli za poruszenie tematu. Ale od razu postawiłbym sprawę szerzej. Nie chodzi tutaj tylko o uczestnictwo w niedzielnej Eucharystii. Powiedzmy sobie od razu, że chodzi o sprawę grzechu ciężkiego czy lekkiego. Rozróżnienie takie jest widoczne w całym nauczaniu Kościoła. Dawna, również katechizmowa definicja grzech ciężkiego mówi: „Grzech ciężki to świadome i dobrowolne przekroczenie przykazań Bożych lub Kościelnych w rzeczy ważnej.” Stąd można suponować, że tam gdzie:
rzecz jest mniej ważna,
brak jest świadomości,
brak jest dobrowolności
nie ma grzechu ciężkiego. Zgodzę się na pewno że zaniedbanie, opuszczenie niedzielnej Mszy św. Jest sprawą poważną i ważną, a co więcej, jeśli dokonuje się to w sposób regularny i przez dłuższy okres czasu nie jest to już na pewno błahostka. Ale jeśli zdarzyło się to jednorazowo i bez jakiejkolwiek złej intencji, ot po prostu jednorazowa słabość, bez nawet większego uświadomienia sobie, że zaniedbałem poważne dobro, jakim jest niewątpliwie Eucharystia …, to czy należy od razu „delikwenta skazywać na wieczne potępienie ??? Co więcej nie można tegoż warunku rozpatrywać w oderwaniu.

Pozostają dwa następne „warunki ciężkości grzechu”, a więc świadomość i dobrowolność

Trzeba najpierw rozróżnić dwa rodzaje świadomości:
świadomość czynu i
świadomość wagi, powagi czynu,

Świadomość czynu to świadomość tego co robię. Nie można np. mówić że ktoś jest świadom popełnianego czynu jeśli robi, to co robi pod wpływem np. silnych środków psychotropowych (niekoniecznie narkotyków, czy alkoholu) lub w afekcie, w malignie, w stanie niepoczytalności. Trudno byłoby oskarżać człowieka chorego na schizofrenię o przestępstwo lub sądzić go za czyny popełnione w ataku choroby. Dlatego brak świadomości czynu powoduje niejako „zawieszenie ciężkości grzechu”. Tylko jako przykład. W czasie mojej pracy na misjach mieliśmy taki przypadek, że człowiek, który zażywał silne środki antymalaryczne popełnił samobójstwo. Samobójstwo -odebranie sobie największego daru jakim jest życie- jest na pewno grzechem ciężkim, ale … no właśnie okazało się, że środki, które zażywał mają silne depresyjne działania uboczne. Sam kiedyś przez dwie doby zażywałem takie lekarstwa i proszę mi uwierzyć, to były dwie doby koszmaru. Tyle na temat świadomości czynu.

Pozostaje jednak druga sprawa: świadomość powagi czynu. Zasadniczo wiem co robię, mam tego świadomość, ale niejednokrotnie nie zdaję sobie sprawy że to co robię jest rzeczą poważną. I tutaj od razu przykład dziecka, które nie idzie w niedzielę do kościoła na Mszę św. Ono wie, że powinno iść, ono wie, że zaniedbując Mszę św. niedzielną popełnia grzech, bo tak go uczono na lekcjach religii, ale czy zawsze jest świadome, że takie zaniedbanie jest sprawą poważną ? Mam wrażenie, że i wielu dorosłych katolików też miałoby problem z uświadomieniem sobie powagi takiego czynu. Oczywiście ten, kto to czyta już nie może się już takim brakiem świadomości usprawiedliwiać 🙂. Niemniej jednak z mojej praktyki w konfesjonale mam takie właśnie doświadczenia, że ludzie dorośli, katolicy nie uświadamiają sobie jasno i klarownie, że zaniedbywanie niedzielnej Mszy św. jest rzeczą poważną. I tutaj zamiast od razu obarczać ich brzemieniem grzechu ciężkiego starałbym się im to raczej jasno i klarownie uświadomić. I na tym właśnie polega min. praca duszpasterska, żeby ludziom wyraźnie uświadamiać, że zaniedbując niedzielną Mszę. św. zaniedbują poważne dobro, bo oni po prostu sobie często z tego nie zdają sprawy. I w tym sensie chyba ks. Masarczyk mówił o lekkim grzechu.

Przejdźmy do warunku trzeciego, czyli dobrowolności. I tutaj znowu kilka rozróżnień i uściśleń. Po pierwsze „dobrowolność” w tym wypadku znaczy w ogóle „wolność działania” lub „własnowolność” czyli działanie z własnej a nie przymuszonej woli. Nie może być oskarżony o coś taki człowiek, który nie miał wolności działania, działał pod przymusem, lub wbrew własnej woli. A przymus czy ograniczenie wolności działania mogą być różnorodne. Czasami robię coś lub nie robię czegoś nie dlatego, że tak właśnie chcę, ale dlatego że nie mam innego wyjścia, że jestem do tego właśnie przymuszony sytuacją, okolicznościami. Oczywiście nie można tutaj iść za daleko, bo grozi nam w skrajnym przypadku bardzo niebezpieczna „etyka sytuacyjna”. Nie mam na to miejsca, aby szerzej temat ten rozwinąć, ale „etyka sytuacyjna” jest bardzo niebezpiecznym zabiegiem, jest relatywizowaniem grzechu i uzależnianiem go od sytuacji. Inaczej mówiąc, według tej etyki, to co w jednej sytuacji byłoby grzechem w innej, nim by nie było.

Niemniej jednak trzeba też brać pod uwagę właśnie sytuację i okoliczności. One nigdy nie zmieniają ostatecznej kwalifikacji grzechu, ale czasami, w niektórych sytuacjach modyfikują jego walor, czy wagę. I tutaj właśnie widziałbym przykład lekarza po 24 godzinnym dyżurze. On nie idzie na Mszę św. nie dlatego, że mu się nie chce lub dla zlekceważenia Pana Boga. On jest po prostu zmęczony, bo służył przez cały czas Jezusowi obecnemu w chorych i cierpiących. I może to być lekarz, może to być kierowca autobusu, czy kierownik pociągu, pielęgniarka, czy matka opiekująca się chorym dzieckiem. I pytanie bardzo proste: „Czy oni zrobili to z własnej, dobrej, nieprzymuszonej woli? Czy oni zrobili to, zaniedbali Mszę św. niedzielną w celu obrażenia Pana Boga? Czy oni naprawdę zlekceważyli sobie zaproszenie ?” Czy u nich sprawa własnowolności czynu jest jednoznaczna?

I drugie znaczenie dobrowolności czynu. Ja sam wolę tutaj raczej mówić o „zło-wolności”. Jeśli popełniam jakieś zło, lub zaniedbuję dobro, to nie jest to wcale z dobrej woli, nie jest to dobro-wolne, ale właśnie „zło-wolne”. I znowu pytanie, czy mam świadomość tego, że popełniam poważne zło, że jest to zła wola? Czy zaniedbując niedzielną Mszę św. robię to rzeczywiście ze złej woli, czy raczej (powiedzmy wprost) czasami z głupiej niefrasobliwości i zwykłego –wcale nie zło-wolnego lekceważenia? I znowu z mojej praktyki w konfesjonale mogę powiedzieć, że znaczna większość ludzi zaniedbujących niedzielne uczestnictwo we Mszy św. nie robi tego ze złej woli. Oni po prostu nie zdają sobie sprawy z powagi, czy też z wagi zaniedbanego dobra. I dlatego taki sporadyczny akt zaniedbania też trudno byłoby oceniać od razu w kategorii grzechu ciężkiego i karać piekłem na wieczność. Należałoby raczej uczulać ludzi, mówić o tym i przypominać. Ale też otwarcie powiedzieć, ze jeśli ktoś przez dłuższy czas, świadomie lekceważy sobie niedzielną Mszę św., to na pewno popełnia grzech ciężki. Tu przypomina mi się Ewangeliczna przypowieść o zaproszonych na ucztę. Tam też król nie ukarał niegodnych zaproszonych za pierwszym razem, tylko z cierpliwością zaproszenie ponawiał. Warto również i o tym pamiętać.

Generalnie rzecz biorąc można na pewno za katechizmem powtórzyć, że „Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki.” Należałoby raczej wprost powiedzieć: „Ci, którzy złowolnie, ze złej woli czyli zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki”. Ale nie można tego w sposób jednakowy stosować do różnych przypadków i różnych ludzi (vide podane wyżej przykłady).

Już z tego, wyżej przytoczonego rozumowania widać, w jak trudnej znajdujemy się sytuacji kiedy moralność katolicką oprzemy na fundamencie prawa, grzechu, przestępstwa. I tu ośmielę się powtórzyć to co napisałem powyżej: „Sądzę, że moralność katolicka, to nie unikanie grzechów ciężkich. Słaba by to była moralność.” Taka moralność, to moralność minimalistyczna, albo moralność przestępcy. Moralność, która szuka „jakby tu uniknąć grzechu”? To moralność przestępcy, któremu nie zależy na dobru, ale na tym, aby nie być przyłapanym na złu, czy na przestępstwie, na grzechu ciężkim. To moralność negatywna, polegająca na unikaniu zła, na szukaniu tłumaczeń i usprawiedliwień, na „ważeniu – był to już, czy nie był jeszcze grzech ciężki” ?

Jak sobie przypominam z wykładów teologii moralnej sprzed ponad 20-tu laty, jest to „moralność na krawędzi” lub „moralność na skraju przepaści”. A można by to przedstawić schematycznie bardzo prosto. Z lewej strony mamy linię demarkacyjną, którą nazwiemy grzech. To co na lewo od tej linii, to upadek, grzech (ciężki, lekki), a my chcemy tylko żyć na krawędzi tej przepaści, aby nie „popełnić i wpaść”. Jeśli przesunę się chociaż odrobinę w lewo to na pewno do przepaści wpadnę.

Ale z prawej strony rozciąga się w nieskończoność -> moralność miłości. Tutaj nie ma granic i ograniczeń, nie ma obawy, że gdziekolwiek się „ześlizgnę”. Tutaj nie pytam: „Czy już popełniłem grzech?”, bo ja raczej się od niego oddalam, uciekam. W ogóle sprawy grzechu nie dyskutuję, nie chcę nie tylko Pana Boga obrażać, czy lekceważyć, bo mi to nawet do głowy nie przyjdzie. Nie chcę bliźniego krzywdzić i nie szukam okazji, sytuacji, jakby tu grzechu uniknąć, ale zależy mi jedyne i bez ograniczeń na miłowaniu Boga i bliźniego.

Można by powiedzieć, że moralność pierwszego rodzaju, moralność na krawędzi, to moralność X przykazań: „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie kłam, nie pożądaj, …” ta druga, moralność bez ograniczeń, to moralność dwóch przykazań: „Miłuj Boga i bliźniego”. A w miłości nie ma ograniczeń, nie ma limitów i krawędzi. I dlatego mógł chyba powiedzieć św. Augustyn : „Miłuj i czyń co chcesz”, bo kto miłuje nie może popełnić grzechu, kto naprawdę miłuje nie może popełnić zła. Jemu –niejako- nie są potrzebne ograniczenia i zakazy, bo on nigdy nie zabije, nie ukradnie, nie będzie cudzołożył, nie skłamie, nie zaniedba, nie popełni przestępstwa. I dlatego może raczej warto przemyśleć jaką drogę i jaką moralność wybrałem? Czy jest to droga tylko minimalistycznego unikania zła i grzechu, moralność na krawędzi, czy droga miłości Boga i bliźniego, moralność bez ograniczeń?

A wtedy nie będzie problemu z niedzielną Mszą św., bo kto kocha, to zrobi wszystko, żeby się z ukochanym spotkać i nie trzeba będzie mu grozić, że nie spotkanie się z ukochanym to grzech ciężki.

Inna sprawa poruszona przez Panią Urszulę, to problem religijnej obojętności i lekceważenia sobie w ogóle całej religijności i religijnych zobowiązań. Niestety żyjemy w takim świecie, gdzie religijność jest nie tylko niemodna, ale nawet wstydliwa. To zło się chełpi i pyszni, różnego rodzaju wulgarności i obsceniczności są reklamowane i ci, którzy są w to zanurzeni po uszy wydaje się, że są z tego dumni. A ci, którzy wierzą wstydzą się swojej wiary, swojej uczciwości i prawości. Taka sytuacja powoduje w sposób niejako automatyczny religijne zobojętnienie i oddalanie się od wartości religijnych. Na ile jest to efekt „trendów”, a na ile wynik zawinionej niedbałości i oziębłości, to temat na całe tomy socjologicznych i teologicznych opracowań. Warto jednak pamiętać, że jest to sprawa ogromnie skomplikowana i złożona, bo należałoby pamiętać np. również o całych dziesięcioleciach planowej poganizacji Polski; brak kościołów, organizacja czasu pracy i wypoczynku, sterowana i bardzo dogłębnie przemyślana poganizacja przyniosła mimo wszystko swoje efekty, których skutki będziemy jeszcze długo ponosić. Oczywiście nie bez znaczenia jest tu także w wielu wypadkach słaba katecheza i rutyna w nauczaniu prowadzonym przez kościół. Problem ogromnie złożony i nie można tutaj niczego uogólniać.

Wielu wyszło obronna ręką z tej planowanej dechrystianizacji, wielu się wzmocniło i pogłębiło swoją wiarę, ale wielu niestety (nie zawsze wyłącznie z własnej winy) poddało się laicyzacji i zobojętnieniu. Dal takich ludzi sprawa uczestnictwa w niedzielnej Mszy św. Jest już tylko efektem wieloletniego procesu zobojętnienia czy laicyzacji. Tłumaczyć takiemu człowiekowi, że zaniedbanie niedzielnej Mszy św. jest grzechem ciężkim … najczęściej nie przynosi żadnego skutku, poza wzruszeniem ramionami czy uśmieszkiem pełnym sarkazmu. Tu trzeba raczej „zaczynać od podstaw”, od re-ewangelizacji, czasami zastanawiam się nawet czy nie należałoby –przynajmniej niektórych- powtórnie ochrzcić ?

********
Przed opublikowaniem poprosiłem jeszcze o kilka uwag
********

podpowiedzi Basi

Jedno, co może bardziej bym podkreśliła z Twojej praktyki z konfesjonału – to fakt, że najczęściej “szarzy” wierni nie do końca rozpoznają, w czym uczestniczą, lekcje religii zakończyli xx lat temu, a teraz “bezpieczniej” czują się z tyłu kościoła i naśladują tych, co stoją przed nimi. W ich sytuacji to raczej grzech zaniedbania związany z brakiem pogłębiania wiedzy religijnej. Katecheza dorosłych się kłania :-))).

Inna sprawa to chodzenie do kościoła na niedzielna msze święta “dla” księdza, “dla” lektora, “dla”………………
To o chodzących.

A o nie chodzących – przyczyny i intencje – wielu z nich może uważać, że skoro nie rozumieją, po co maja iść, nie potrafią się modlić, to może według nich będzie lepiej jak nie będą zasilać ostatnich szeregów i nie będą udawać, że uczestniczą – skoro nie uczestniczą. Mogą tłumaczyć się, że nie maja takiej laski wiary jak inni, ale do głowy im nie przyjdzie, ze o te łaskę trzeba poprosić.

Myślę, też że inną sprawą jest uczestniczenie we Mszy Świętej i życie jej owocami, a inną szukanie tłumaczeń dla zawierania nowych związków gdyż poprzednie małżeństwo okazało się nieudane.

Wpływ środowiska, znajomych, przyjaciół może być bardzo duży – to choćby sprawa wspólnej organizacji czasu. Wiadomo jak można ( szczególnie na wspólnych wyjazdach) tak ustalać wspólnie plan dnia że nie będzie w nim czasu przeznaczonego na praktyki religijne – przy ogólnie wyznawanej i głoszonej tolerancji. Podobnie – piątkowe imprezy po pracy itd.

I na zakończenie rozróżnienie grzech ciężki, grzech lekki. Wszyscy przyzwyczaili się do instrukcji obsługi i ksiąg procedur i pragnęliby, bez zastanawiania się nad samym sobą – otrzymać tak sformułowane opisy osoby i sytuacji, żeby od razu można stwierdzić, kiedy jest, jaki grzech i czy jest on jeszcze lekki (a więc nie ma potrzeby spowiedzi), czy jest już ciężki i sakrament pojednania jest konieczny.

Może warto zwrócić uwagę, że nagromadzenie grzechów powszednich, lekkich i brak pracy nad nimi może prowadzić do “utonięcia” w nich jak w ruchomych piaskach.

********

i odpowiedź Pani Urszuli

Szanowny księże Kazimierzu,

No cóż, nie da się ukryć, że w swoim artykule posłużył się ksiądz moimi listami jako żywym przykładem moralności przestępcy. Ale jeśli ksiądz uważa, że artykuł przynieść może komuś korzyść to oczywiście wyrażam zgodę na wykorzystywanie moich maili w tego typu analizach. Powinnam była zamieścić w mojej odpowiedzi na temat moralności katolickiej to na co natknęłam się w ewangelii podczas pisania listu -na słowa Pana Jezusa z Mt.11,42 który jest analizą prawdziwej moralności “…dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiego rodzaju jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie opuszczać.” Pewnie, że miłość i miłosierdzie są ważniejsze od unikania grzechów ciężkich i że je należy czynić, a tamtego nie opuszczać. Ale by tak było trzeba mieć więcej niż letni stosunek do Pana Boga i jakąś Jego świadomość. Byłoby idealnie gdyby tak było – nie potrzeba byłoby w 99 % -owym społeczeństwie katolickim ubiegać się ciągle o ubezprawnienie aborcji o kontrolę pornografii itp. Przecież moralność katolicka oparta na miłości Boga i bliźniego nie byłaby takimi, nawet zalegalizowanymi sprawami dotknięta. A jednak nie – mamy świadomość, że jeśli uprawomocnimy aborcję to przez ten fakt zginie więcej istnień ludzkich niż gdy prawo jej zabroni. Dlaczego więc społecznie tak troszczymy się o tą moralność minimalną katolików? Odpowiedź jest jedna – bo ich świadomość miłości i obecności Boga jest nijaka lub żadna, a my jesteśmy odpowiedzialni za dobro które niszczą.

Ksiądz obraca się w kręgu ludzi wierzących bardziej niż letnio, stąd zgadzam się, że nie należy mówić o moralności katolickiej tej “minimalistycznej” jako o czymś wystarczającym, że trzeba na wszystko spojrzeć innymi oczami – oczami miłości.

Ale oto przykład z “forum pomocy katolika”, na który jak mniemam dziś ksiądz również udzielił odpowiedzi ( tak myślę bo autorem był kazikq) chłopakowi, który zastanawia się czy nie popełnia grzechu gdy całuje się w bardzo intymny sposób z dziewczyną i gdy śpią ze sobą tylko przytuleni w jednym łóżku. Otóż śmiem twierdzić, że taka moralność katolicka, w której ów chłopak próbuje uniknąć grzechu nie jest z gruntu zła i przestępcza. Jeśli bowiem pyta o poradę to raczej dlatego, że pomimo całej siły namiętności jaka pcha go w stronę ukochanej, nie bardzo wie jak powinien się w stosunku do niej zachować, nie bardzo wie, jak ma w tym wypadku okazać jej swoją miłość. Pyta bo nie chce popełnić grzechu, gdy popęd kieruje go na ten tor, ale pyta też dlatego, że nie wie jak się powinien zachować. Czy tę słabą moralność nazwałby ksiądz moralnością przestępcy. Czy nie lepsza taka moralność niż jej brak. Duża liczba ” katolików “wyśmieje go, że ma w ogóle jakieś opory i nawet współżycie przedmałżeńskie traktuje jako przejaw miłości międzyludzkiej.

Ludzie trzymają się “słabej moralności” z kilku powodów – albo z jakiejś tradycji przestrzegania przykazań bo ich świadomość istnienia i miłości Stwórcy jest taka sobie, z niewiedzy jak realizować przykazanie miłości lub ze źle ukształtowanego wizerunku Pana Boga – po prostu z lęku przed karą. Czy w każdym z tych przypadków nazwałby ksiądz ich moralność ” moralnością przestępcy”, który czyha tylko na to gdzie się wślizgnąć, a jednocześnie tak sprytnie by grzechu nie popełnić?… Dla mnie sprawa ważenia grzechu nie byłaby ważna gdyby nie sakramenty. No bo jak się spowiadać z grzechów i nie mieć świadomości wagi grzechu (choć tu sprawę może rozstrzygnąć spowiednik), ale pozostaje jeszcze kwestia Eucharystii . Wiem przecież, że grzech ciężki czyni mnie niegodnym do przyjęcia Komunii Św. Stąd ze względu na możliwość “świętokradztwa” unikanie grzechów ciężkich przy ofiarowywaniu swej miłości i miłosierdzia bliźnim wydaje mi się rzeczą ważną. Nie wiem, może się mylę…..

Co się tyczy rozważania na temat grzechu – cieszę się, że ksiądz to tak jasno rozważył. Nie ukrywam jednak, że jeden wątek jest dla mnie niejasny – “Oni po prostu nie zdają sobie sprawy z powagi, czy też z wagi zaniedbanego dobra. I dlatego takie sporadyczny akt zaniedbania też trudno byłoby oceniać od razu w kategorii grzechu ciężkiego. Należałoby raczej uczulać ludzi, mówić o tym i przypominać. Ale też otwarcie powiedzieć, że jeśli ktoś przez dłuższy czas (np. miesiąc lub kilka niedziel w roku) świadomie lekceważy sobie niedzielną Mszę św., to na pewno popełnia grzech ciężki.”

Jak to jest – jeżeli już ktoś posiada świadomość, że to rzecz dużej wagi to czy jedno opuszczenie Mszy św. niedzielnej (świadomie i dobrowolnie np. z lenistwa) jest już grzechem ciężkim, czy dopiero dwóch albo więcej nim jest?

I wątek ostatni. Pisze ksiądz – “Niemniej jednak z mojej praktyki w konfesjonale mam takie właśnie doświadczenia, że ludzie dorośli, katolicy nie uświadamiają sobie jasno i klarownie, że zaniedbywanie niedzielnej Mszy św. jest rzeczą poważną … I w tym sensie chyba ks. Masarczyk mówił o lekkim grzechu.”. Zgadzam się, że ks. Masarczyk porusza kwestię obojętności religijnej i niezrozumienia Mszy Św. zawinionej lub wynikającej z poglądów, ale nie porusza kwestii wagi uczestnictwa we Mszy Św. jako grzechu poważnego, gdy już się o tej powadze wie. Ja nie znalazłam tego w artykule. Wynika z tego, że rzecz nie jest taka ważna … (podkreśliłam poniżej szczególnie jeden fragment)

Wiem, że się czepiam i dla mnie to całe rozważanie nie jest wcale takie ważne (ze względu na moją moralność- mieszaninę miłości, lęku, niezrozumienia i dbałości o sakramenty), ale ze względu na moralność publiczną w ogóle zaczęłam ten temat.

Z poważaniem Urszula Musisz

*********

A oto i artykuł ks. Rafała Masarczyka opublikowany 5 lutego, 2002 14:53:25 na katoliku pod adresem:
„Niedzielna Msza święta …”
który wzbudził tę dyskusję.

Niedzielna Msza święta a grzech śmiertelny

Wszyscy księża z jakimi do tej pory rozmawiałem jednoznacznie stwierdzili, że opuszczenie niedzielnej Mszy św. (w sposób świadomy i dobrowolny) jest grzechem ciężkim. Czy do kogoś z Was to dotarło??? Jeżeli opuścisz mszę św. w niedzielę to, według tego co powiedzieli mi księża, grozi Ci za to POTĘPIENIE WIECZNE, PIEKŁO z którego nigdy się nie wydostaniesz!!! To KARA SMIERCI!!! – Czy takie są konsekwencje tego grzechu?

Sprawa nie jest taka prosta jak ją Pan przedstawia. Definicja grzechu jaką Pan podaje jest prawdziwa, gdyż faktycznie grzech ciężki w skróconej wersji Katechizmu podany jest jako “Świadome i dobrowolne przekroczenie przykazania Bożego lub Kościelnego w sprawie ważnej.” Jednakże, żeby dobrze zrozumieć, jak należałoby to stwierdzenie zinterpretować, warto zajrzeć do nowego Katechizmu Kościoła Katolickiego, który mówi że: Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność.” (KKK 1848). Dalej możemy przeczytać także, że: Grzech jest więc “miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga”(KKK 1850).
Grzech śmiertelny, o którym Pan pisze wymaga: “pełnego poznania i całkowitej zgody.”(KKK 1859). Należy się zapytać, o jakie poznanie i o jaką zgodę tutaj chodzi. Pełne poznanie i pełna zgoda występuje wtedy, gdy świadomie nie idę do Kościoła chcąc w ten sposób wyrazić swoją pogardę do Boga. Wiem wprawdzie, że Msza św. jest wyrazem wielkiej miłości Boga do człowieka, a nie idę do kościoła by pokazać Bogu i innym, że tą miłością gardzę. Wtedy na pewno należy mówić o grzechu śmiertelnym, który prowadzi do potępienia. Jednakże takie przypadki występują niezmiernie rzadko. Zazwyczaj nie uczestniczenie w niedzielnej Mszy św. ma inne powody.

Często nie chodzi się do Kościoła ze zwykłej obojętności religijnej, nie do końca rozumie się znaczenie Mszy św., jako uczty miłości Boga do człowieka. Traktuje się ją często jako rytuał religijny który nie do końca się rozumie i przeżywa, dlatego nie dostrzega się znaczenia uczestniczenia w Mszy św. Taka sytuacja jest czasami zawiniona, a czasami jest wynikiem wychowania, lub odbiciem poglądów środowiska w którym się przebywa. Nie ma więc w tej sytuacji świadomości pogardy Boga.

Może być także inaczej. Wiem, że Msza św. jest ważna, ale ze względu na lenistwo nie uczestniczę w niej. Nie ma tutaj świadomości pogardy Boga, jest tylko brak woli by odpowiedzieć na miłość Boga. Nie jest to dobra sytuacja, choć to trudno nazwać grzechem śmiertelnym. Bardziej należałoby określić ją jako grzech powszedni. Katechizm mówi o nim, że: “Grzech powszedni pozwala trwać miłości, chociaż ją obraża i rani.” (KKK 1854). Taka postawa lenistwa może jednak zawsze doprowadzić w końcu do pogardy Boga, jest więc niebezpieczna i nie należałby w nie trwać.
Inna sytuacja może być wtedy, gdy jesteśmy przemęczeni, źle zorganizowani. Wiem wprawdzie, że powinniśmy pójść do Kościoła, ale nie potrafimy się zmobilizować, by to uczynić. Nie ma tu świadomości i zgody na odrzucenie Boga, jest tylko nieumiejętność, zawiniona lub niezawiniona, w realizacji naszej powinności wobec Niego. Trudno to zakwalifikować jako świadome i dobrowolne odrzucenie Boga, z jakim mamy do czynienia w grzechu śmiertelnym.
Bywa także tak, że jesteśmy chorzy, w podróży lub w innych sytuacjach, gdy nie możemy pójść do Kościoła, wtedy w ogóle nie może być mowy o jakimkolwiek grzechu.
Jak więc Pan widzi nie każde opuszczenie niedzielnej Mszy św. jest grzechem i, że rzadko pojawia się tutaj grzech śmiertelny, często natomiast mamy do czynienia z grzechem powszednim, który nie powoduje śmierci wiecznej. Pozwala bowiem “trwać miłości, choć ją obraża i rani” (1855).
Ks. Rafał Masarczyk SDS