Ewangelia wg św. Mateusza

Mateusz był jednym z urzędników w Palestynie, spełniał obowiązki i czerpał profity (nie zawsze uczciwe) z intratnej posady celnika, czyli poborcy podatkowego. Należał więc do grupy ludzi bogatych ale niezbyt lubianych, a nawet pogardzanych przez „uczciwych” obywateli. Pewnego dnia w jego życie wkroczył Jezus. Przechodząc koło siedzącego przy cle Mateusza spojrzał na niego i powiedział: „Pójdź za Mną!” Jak wielką moc musiało mieć to spojrzenie! Mateusz zostawił swoją komorę celną, swoje pieniądze i wyruszył w nieznane za Tym, który pociągnął go pełnym miłości i zrozumienia rozświetlającym, uzdrawiającym spojrze-niem. Został Jego uczniem, potem apostołem.

To właśnie apostołowi Mateuszowi tradycja przyznaje autorstwo pierwszej (w kolejności spisu a nie czasu powstania) Ewangelii, chociaż nie wyklucza się współudziału innych osób. Tekst powstawał przez wiele lat, pierwotnie w języku aramejskim, łącząc i rozbudowując istniejące źródła ustne jak i pisane, zwłasz-cza zredagowaną wcześniej Ewangelię wg św. Marka. Ostateczną postać (w języku greckim) uzyskał ok. roku 80.

Ewangelia wg św. Mateusza wiele miejsca poświęca nauczaniu Jezusa, zawiera szereg wypowiedzi, mów Jezusa, (Kazanie na Górze, mowa misyjna, przypowieści), przeplatanych relacjami cudów i innych Jego działań. Była kierowana szczególnie do chrześcijan pochodzenia żydowskiego. Autor sam wychowany w tradycji żydowskiej doskonale orientuje się w Prawie oraz pismach Proroków i taką znajomość zakłada u swoich czytelników, zasadniczo nie tłumacząc używanych nazw, pojęć i zwyczajów. Systematycznie nato-miast stara się podkreślić i wykazać, że Jezus jest oczekiwanym przez naród wybrany Mesjaszem, że w Nim wypełniły się proroctwa Starego Testamentu. W tym celu przytacza znaczną ilość (ok. 70) cytatów ze Sta-rego Testamentu, zwłaszcza Proroków, w ich świetle interpretując opisywane wydarzenia, „wypunktowuje” spełnienie Bożych obietnic i zapowiedzi (m.in. narodzenie z Dziewicy – Iz 7,14; narodzenie w Betlejem – Mi 5,1; nawrócenie pogan – Iz 9,1-6; wjazd do Jerozolimy na oślęciu – Za 9,9). Jezus czyni wszystko, „żeby się wypełniło Pismo” (Mt 26,56). Znamienny jest rozpoczynający Ewangelię obszerny rodowód Jezusa, wyko-rzystujący w swojej strukturze silnie utrwaloną u ludów semickich symbolikę liczb (np. liczba 7). Rodowód składa się z trzech sekwencji zawierających po 14 pokoleń każda (14 jest „liczbą Dawida” – sumą liczb przy-pisanych poszczególnym spółgłoskom imienia, a liczba trzy wyraża pełnię, doskonałość). Ma on wykazać, że Jezus jest rzeczywiście potomkiem króla Dawida, wymienionego na liście, ale znacznie przewyższającym go godnością. („Dawid do sześcianu”)

Mateusz będąc przedstawicielem narodu wybranego ma prawo być szczególnie rozgoryczony za-chowaniem swoich pobratymców, którzy nie tylko, że nie przyjęli Jezusa Chrystusa, ale własnymi rękami zabili swoje Zbawienie. Rozumie głębię bólu Jezusa, który płacze nad Miastem: „Jeruzalem, Jeruza-lem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgroma-dzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście”.

Jezus jako człowiek szanuje i wypełnia prawo swojego narodu, chociaż ostro krytykuje faryzeuszy i uczonych w Piśmie, którzy to prawo zniekształcają i wypaczają prawdziwy obraz Boga (wielokrotne „biada” Mt 23, 13-36). Chrystus został posłany przede wszystkim do ludu izraelskiego, ale ten nie rozpoznał „czasu swojego nawiedzenia”, do Królestwa wyprzedziły go inne narody tworząc nowy lud Boży – Kościół. Zapo-wiedzią i pierwszym znakiem jego powstania jest opisany jedynie przez Ew. Mateusza hołd Magów ze Wschodu. Są oni przedstawicielami narodów całego świata, któremu zbawienie przyniósł Jezus Chrystus.

Czy i nad nami czasem nie płacze On tak, jak kiedyś nad Jerozolimą?

*******************

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukoje-nie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.” (Mt 11,28-30)

Gdy kogoś kochamy, pragniemy być z tą osobą jak najczęściej, sprawiać jej radość, dać jej jak naj-więcej. Jesteśmy nieszczęśliwi, jeśli nie mamy okazji nic dać, cierpimy jeszcze bardziej, gdy ten ktoś nicze-go od nas nie chce. Wielki jest np. ból rodziców, których dzieci uważają za niepotrzebnych.

Boże, Twoje serce krwawi. Tak wiele chcesz mi dać, a ja nie umiem (?), nie chcę (?) wziąć. Jak bar-dzo ranię serce Jezusa nie oczekując od Niego niczego, nie prosząc o nic, omijając Go z daleka. Jedynym Jego pragnieniem jest przecież moje szczęście i On jedyny może mi je dać. Gdy jestem blisko Niego, wszystko jest dobre i na właściwym miejscu, gdy odwracam się od Niego zapada wokół ciemność. On nie potrzebuje moich modlitw, moich dobrych uczynków. Nie brakuje Mu niczego, jest przecież Panem całej ziemi i wszystko do Niego należy i ja też. Radość sprawia Mu ufne, oddane spojrzenie pełne miłości, wdzięczności i zawierzenia, cokolwiek niesie dzień.

Wioletta Masiuda