cz. IX

Trzecia, czwarta i piąta część komentarzy Barbary:

3. ŚMIERĆ Chciałoby się zapytać inaczej, śmierć – kres czy początek? Taka teraz moda panuje na młodość, wysportowany wygląd, usuwanie ludzi starszych z widoku i z własnej drogi. Dzieci, niekoniecznie bo postarzają. Kobiety wydają majątek na likwidowanie zmarszczek i dodatkowego tłuszczyku i w wieku 60 lat nie mogą się pogodzić, że jakoś nikt nie widzi w nich dwudziestolatek. Chcemy żyć długo, marzymy o tym, ale wciąż chcemy zachować też młodość i sprawność. Tak jak powstawanie nowego życia, tak i sam moment śmierci jest i chyba do końca będzie tajemnicą, dla tych którzy mają to jeszcze przed sobą. Spotkałam się z poglądami – chcę umrzeć nagle, bez bólu, bez cierpień, nie chcę wiedzieć że umieram. Jezus płakał po śmierci Łazarza, ale tak sobie czasami myślę, czy nie płakał bardziej nad naszym przerażeniem, niezrozumieniem, nieakceptowaniem, lękiem, że gotowi jesteśmy zrobić wszystko, zaprzeć się samych siebie i Boga byle tylko dalej żyć fizycznie. Jaki jest mój stosunek do mojej własnej śmierci – tak jak nie miałam wpływu na moje przyjście na ten świat, tak mój wpływ na moją śmierć (jej okoliczności i przyczyny) jest ograniczony. Jest nieuchronna – chyba, że jeszcze za mojego ziemskiego życia dokona się paruzja. Jeżeli jest nieuchronna, to trzeba się na nią przygotować: – od strony fizycznej – względnie zdrowo żyć, nie szaleć w samochodzie, nie chodzić po nocach po podejrzanych zakamarkach wielkomiejskiej pustyni (to jako tako mi wychodzi). Od strony materialnej – nie zostawiać rozgrzebanych spraw i nie doprowadzić potencjalnych spadkobierców do bardzo negatywnych uczuć i tak będą narzekać – prawo spadkowe nie jest najlepsze (tak na marginesie :-)). Od strony duchowej – być gotowym na spotkanie z Panem codziennie. Życie wieczne, nie dla naszych zasług ale z Miłości i Miłosierdzia; dla takiego życia, którego jakoś nikt nie może dokładnie opisać, którego zaczątki niektórzy przeżywają już tu na ziemi, warto żyć i trochę się pomęczyć. To życie jest obiecane dla wszystkich bez wyjątku, wszystko co obiecywał Pan spełnia się, nie można więc logicznie wierzyć w kawałek a co innego odrzucić bo rozum nie do końca to rozumie, albo wszystko albo nic. A jeżeli nic to wywody z punktu 1 są chorym urojeniem, więc jednak wszystko. Zgodnie z zasadą jeżeli a to b i jeżeli b to c to jeżeli a to c. Poza tym Miłość – na śmierć nie umiera, ona ją zwycięża cały czas. Zostało jeszcze trochę do omówienia, ale poproszę o małą przerwę a to co napisałam wysyłam. Dziękuje za cierpliwość. Basia

4. CHOROBA Czy w ogóle można zaakceptować swoją wieloletnią chorobę, zdanie na innych we wszystkim, własną niemoc, kiedy jeszcze nie tak dawno………. Czy można zaakceptować chorobę najbliższych w świetle własnej bezradności. Boimy się cierpienia, choroby. Łatwo oglądać je na filmie, w telewizji nawet wtedy popłakać, powspółczuć, przejąć się, gorzej na co dzień w czterech ścianach domu, pod polowym namiotem w trakcie wojny, w szpitalu, w hospicjum. Jest strach, zniechęcenie, zmęczenie, a nieraz i obrzydzenie. Do serca sączy się niewiara i ma się ochotę zawołać: „Boże gdzie jesteś jeśli jesteś”. Bez łaski wiary choroba miażdży człowieka i jego otoczenie i rozrywa nieraz najlepsze relacje międzyludzkie. Brać przykład z Mistrza, brać co godzinę krzyż i wytrzymać do końca, tak jak On. O co się można pomodlić w takiej sytuacji – Panie przymnóż mi wiary …….. i nie to co ja, ale co Ty chcesz niech mi się stanie (choć wiesz że tego nie chcę, że się boję). To nie jest tak, że zupełnie nic nie można zrobić dla innych – można próbować ulżyć cierpieniu i być potrójnie dla nich i w zasadzie tylko dla nich, do końca. Nawet kiedy nie chcą nas widzieć, kiedy się buntują, kiedy są przykrzy, kiedy cierpią i nieraz nie wiedzą już sami co mówią. Siła towarzyszenia przychodzi z wiary i miłości. Może tylko trzeba mieć najpierw wiarę i miłość. Tak jestem bezradna wobec całego bólu i cierpienia obecnego na ziemi w każdym jej zakątku i nawet nie kuszę się o zrozumienie dlaczego ten lub ta, nie zgadzam się na cierpienie małych dzieci, kobiet, starszych ludzi, ale mogę choć odrobinę wspomagać i być obok i w środku też nieść to cierpienie.

5. ZŁO Zastanawiam się dlaczego w nas ludziach tyle egoizmu i pychy, jak chętnie dla wygody wybieramy tzw. MNIEJSZE ZŁO i uważamy, że wybraliśmy słusznie. Czy w ogóle można tak wybierać ???? Z drugiej strony, jak często wybierając dobro, które chcemy czynić, okazuje się, że z niewiedzy czynimy właśnie zło – dobrze jeśli do naprawienia, gorzej gdy nie. Przykładów masa. Paradoks czyż nie. O perełkach “zaniechania” (do wywieszenia na głównej ścianie i wbijania sobie w głowę) – nie wspomnę. Może nie czynimy bezpośrednio zła, ale czy przez takie zaniechania nie zmniejszamy poziomu dobra, dając jakby wewnętrzną zgodę na rozprzestrzenianie się zła. Uczyliśmy się zło dobrem zwyciężać, ale że dobro wymaga zapomnienia o sobie o ileż łatwiej ze zwykłego lenistwa wybrać inaczej. Co do mnie to mój dylemat dotyczy właśnie zaniechań i dobra z którego w efekcie wychodzi zło. Ale to już może na inny raz. Z modlitwą Basia.

Serdecznie dziękuję za pogłębione komentarze. W ten sposób “wzajemnie się wspieramy w wierze i wiarę tą udoskonalamy”

Gdyby ktoś chciał się podzielić swoimi uwagami, z Autorką powyższych rozważań, to za Jej zgodą podaję adres: barka@elektron.pl

cdn …