Chcę być jak Jezus…

Czyż nie jest tak, że nasza ekonomia i filozofia

życiowa, to filozofia posiadania, to ekonomia „jak najwięcej

mieć, posiadać, używać?”

Być to jeść -to tytuł recenzji R. Pawłowskiego ze spektaklu

teatralnego „Endstation America” reżyserowanego przez Franka

Castorpa. Jak pisze autor, spektakl stawia pytanie

o moralną i duchową degradację dzisiejszego społeczeństwa,

zarówno Zachodu, jak i postkomunistycznego Wschodu, które

poza konsumowaniem ma coraz mniej powodów do istnienia.

Na końcu spektaklu podłoga sceny podnosi się jak klapa

kontenera na śmieci, do którego spadają bohaterowie razem

ze swoim dobytkiem.

Z kolei na sympozjum „Świat bez reguł”, które odbyło się

w ostatnim czasie w Paryżu, francuski historyk i filozof –

Paul Thibaud ubolewa, że ludzie Zachodu oddali się miłej

konsumpcji i nie mają do zaproponowania żadnego ideału.

Są to niewątpliwie znaki nadziei, że człowiek próbuje się

opamiętać, zejść ze szlaków wiodących ku przepaści. Pozostaje

tylko problem, że bardzo często uważa się, iż nawrócenia

potrzebuje jakiś tam on, nie ja. Można wrażliwie reagować

na spektakle, które błyskotliwie i pomysłowo obnażają wewnętrzne

zniewolenia i nieczystości, ale może nie przyjść człowiekowi

do głowy, że to obraz j e g o życia. Podobnie jest ze Słowem

Bożym. Ileż to razy słyszy się, jak ktoś z satysfakcją mówi, że

kapłan w homilii ostro “im” wygarnął błędy i grzechy. “Oni ”

powinni wreszcie się poprawić.

Jeżeli podstawowym powodem do istnienia jest konsumpcja, to

nic dziwnego, że homo homini lupus est. Kiedy dla zrealizowania

swoich żywotnych celów lupus musi okradać, dokonywać rozboju,

dobrzy, “normalni” ludzie nie mają ochoty reagować. Zdają się

przytakiwać obiegowemu hasłu egzystencjalistów, że człowiek

to zbyteczna namiętność. O ileż prostsze są: namiętność czterech

kółek, fetysz kart kredytowych, siódme niebo marnego pożądania.

Wystarczy wypłoszyć z duszy uwierający balast braterstwa

i niepokój moralny natychmiast gaśnie.

… Ludzie ze swoim dobytkiem lądujący w kontenerze na śmieci …

Czyż nie jest tak, że kontener – śmieciarka i góry śmieci

to nie tylko symbol, ale i przeznaczenie konsumpcyjnego społeczeństwa ?

No cóż, jakie upodobania, takie dokonania. Jakie egzystencjalne

zaangażowanie, takie ostateczne owocobranie. Mówi się, że Pan

Bóg daje ostatecznie człowiekowi to, na czym mu najbardziej

zależy, że Bóg spełnia człowiecze marzenia.

Czy możliwe jest, by takie mizerne były ludzkie marzenia,

czy o takim kresie śnią ludzie? Nie może człowiek dowierzać

nawet swoim marzeniom, jeśli sytuuje je poza Bogiem.

Spraw więc Panie, byśmy każde tchnienie, każde nasze pragnienie

zanurzali w Chrystusie.

Spraw Panie, by każdej wyostrzonej zdolności postrzegania

ludzkiej niedoskonałości towarzyszyła zwielokrotniona zdolność

miłowania. A “ten, którego kochają, będzie zbawiony” (ks. Jan

Twardowski).

O ileż łatwiej i chętniej pisze się, że homo homini deus est.

Nie widać, kiedy czyjeś serce zadrży życiem i ciepłem, bo

balsam życzliwości i współczucia zaleczył rany zadane ostrzem

obojętności czy nawet nienawiści. Nie rzuca się w oczy

“rajska” scena, gdy doskonała synchronizacja wewnętrznych

ludzkich pulsów powoduje wysyp szczęścia. Wciąż są ludzie,

którzy karmieni ze źródła istniejącego ponad światem, razem

sięgają ku ponadczasowym celom. Dla nich o s o b a ma

wieczną, niezastąpioną wartość. I człowiek wierzący ma

obowiązek wydobywać z każdego godność dziecka Bożego.

“Chrześcijanin ma za zadanie, w miarę swoich możliwości,

przepoić skończone struktury nieskończonym duchem miłości

i przebaczenia, mimo że zawsze będą się temu sprzeciwiały “-

pisze H. U. von Balthasar.

Jeżeli więc słyszy się, że człowiek, życie czy świat w ogóle

są bardzo skomplikowane, można sobie te problemy znakomicie

uprościć, stosując wobec wszystkiego jedną niezawodną zasadę,

Zasadę miłości (tak radzi tym razem E. L. Mascall).Wówczas cała nasza

egzystencja może spodziewać się nadprzyrodzonego ukoronowania.

“Czy stać mnie na to, aby stracić swoje życie? A może jestem za

bardzo przywiązany do tych najmniejszych spraw i nie umiem się

od nich uwolnić?”

“Wydaje się, że … człowiek ma prawo do zdziwienia, nawet -jak

to można zaobserwować- do irytacji wobec religii, która nie

pozwala mu pozostać sobą samym i zmusza do przyjęcia i do

korzystania z daru, który wielkodusznie oceniany jest jako

darmowy, a który zdaje się straszliwie ciążyć, skoro nie ma się

prawa do odrzucenia go bez narażenia się na upadek”(M. Blondel)

Obserwuje się niepokojące zjawisko, że niemal chwalebną rzeczą

jest bezceremonialne odsłanianie nawet najbardziej odrażających

uzależnień (to takie ludzkie!), wstydliwą, podejrzaną wyznanie,

że pragnie się prawdy, dobra, piękna. Starożytni Grecy mawiali –

to kala chalepa (to, co wzniosłe jest trudne).Współcześnie

wszystko, co wzniosłe usiłuje się ośmieszyć, zbagatelizować, by

spokojnie uprawiać proceder zachwaszczania, oszpecania

i psucia duchowych manier.

Często człowiek zbyt skwapliwie korzysta z prawa (?) do irytacji

wobec religii, która wtrąca się w jego sposób na istnienie.

Nie przejmuje się też zbytnio tym, że ignorując wskazania wiary

naraża się na upadek. Przewrotnie i kokieteryjnie głosi, że

ogląd świata z pozycji “upadłego” jest bardzo interesujący.

Kiedyś zadawano dzieciom (w wypracowaniach szkolnych) pytanie –

kim chciałbyś zostać i dlaczego? Może trzeba dzisiaj zadawać

sobie częściej to banalne, proste pytanie. Kim chcę być, jakie

są moje ideały. Kiedyś byłem homo sovieticus, teraz homo

festivus, homo internetus. Chcę być jak … kto?

Czy chcę być jak Jezus?

Zapomniałam, który z myślicieli powiedział -jaka przyjemność

płynie z oglądania bytu, o tym wie tylko filozof.

A jakie szczęście płynie z podążania za Chrystusem, z

zawierzenia Bogu, o tym wie tylko wierzący. Trwałego szczęścia

sprowadzić na siebie nie potrafimy. A te wątlutkie, błędne

ogniki, którymi próbowaliśmy się uszczęśliwiać, a których

wyrzekliśmy się ze względu na Chrystusa, “ocenzurowane”

przez Mistrza, wracają do nas wzmocnione i udoskonalone –

w postaci trwale i czysto płonącego Ognia.

Cum de Te audio, gaudeo – Domine. Ilekroć o Tobie słyszę,

cieszę się – Panie.

Kiedy zajmowałam się jeszcze teorią ekonomii, mój przełożony

powiedział, że piszę tak, jakbym siedziała na wysokim

drzewie i wszystko widziała … Może tak właśnie trzeba -może

trzeba wspiąć się na wysokie drzewo i nie dać się zapędzić

na sprytnie przygotowane pastwiska konsumpcji i rozrywki.

Może trzeba z wysokości drzewa nabrać dystansu do swojego

zgrzebnego człowieczeństwa i dostrzec horyzonty Bożej

wspaniałości.

“Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej

niż odzienie”? ( Mt,6,25). Skoro “moje” życie polegało na

konsumpcji, przyodziewaniu się w zniszczalne szaty, to czy jest

czego żałować? Czy nie warto porzucić go dla Życia właściwego?

Trzeba tylko bardzo bronić się przed uwznioślaniem przeciętności

i koszmaru materialnego świata. I nie poprzestać na estetycznej

dezaprobacie dla szpetoty egzystencji sprowadzonej do poziomu

zaspakajania fizjologicznych potrzeb.

Jolanta Lesiuk

silence78@wp.pl