Bujanie w obłokach cz. II

Bujanie w obłokach, czyli kuchnia z widokiem na niebo. Część II.

“Tomiści powiadają, że jesteśmy w stanie pojąć Boga jako nie istniejącego, nie dlatego, by istnienie nie było zawarte w Jego istocie, ale z powodu niedostatków naszego umysłu. Mówiąc krótko, jesteśmy umysłowo tak słabi, że możemy być ateistami” (L. Kołakowski „Jeśli Boga nie ma …”).

Nie wiem, czy tak łatwo można się rozgrzeszyć. Sama często zastanawiałam się, jak możliwy jest ateizm. Usiłowałam “przeniknąć“ myślenie człowieka nie wyposażonego w tarczę refleksji filozoficzno – teologicznej i zrozumieć jego wewnętrzny świat, poznać smak jego codzienności, wektory jego wyborów. Próbowałam uchwycić praktyczne różnice między niewierzącym, a tzw. przeciętnym katolikiem. Oczywiście, cokolwiek się powie, będzie to prywatna “obróbka” intelektualna człowieka wymodelowanego w kręgu cywilizacji zachodnio – atlantyckiej. W rozmyślaniu przygotowanym na Drogę Krzyżową ulicami Katowic (2001) pisałam – co cię zajmuje rzeźbiarzu mgły, tkaczu przygodności? Wyrywam istnienie z zawiasów, idę w swoją stronę. Aresztuję duszę z niebosiężnym murem materialności i zmysłowości. Wsiadam do – moralnie prowizorycznego – wehikułu, oddaję się w ręce “inżynierów zepsucia” i zanurzam w obszarach chaosu, cywilizacji śmierci. Pędzę sytą autostradą powierzchowności, ukrywam się przed Krzyżem w laboratoriach doczesności, w pałacach rozrywki, w prywatnych wytwórniach sensu. Mozolnie haftuję czarodziejską impregnację przeciwko cierpieniu i przemijaniu. … I trwa odejmowania sobie życia… I znajdują mnie nieprzytomnego w duchowych slumsach.

Uwieczniamy się w czasie. Ile zostanie w nas z wiecznego, gdy świat zasypuje człowieka ofertami zabijania czasu?

Wciąż wlecze w sobie człowiek syndrom syna marnotrawnego, który jakby nieuchronnie musiał przechodzić przez obszar zamiany królewskiego jadła na karmę wieprzów.

Środowisko Boże jest zastane przez człowieka, w pewnym sensie nie mobilne – pisał J. Życiński, że trzeba niezwykłej przenikliwości umysłu, żeby pojąć jakim cudem jest codzienny wschód słońca. I nie dostrzega się Boga, który wciąż objawia się przez gamę swych iluminacji.

Dzisiejszego człowieka może “ ruszyć” przede wszystkim to, co niecodzienne. Uczy się go, że wartością i celem życia jest nieustanna zmiana. Wciąż zalewa go horda nowości. Wodospad zmian wypłukuje z jego płytkiego nurtu życia wierność i refleksję. Kształci się w nim ordynarną, ale i wysublimowaną mentalność eksploatacyjną. “Każde ściernisko zamienić na San Francisco”, z każdego człowieka wyssać siły życia przez szatańskie wmawianie mu, że powinien, że musi usłuchać swojego pragnienia, że wtedy jest sobą, gdy ma odwagę robić zuchwałe wypady poza granice człowieczeństwa. I tak, w tym niezwykle zagęszczonym środowisku materialnym, zawęża się horyzont pragnień. I wiemy, jakiej trzeba mocy, żeby zwykły człowiek przebił się świętą strzałą kontemplacji, przez tę gigantyczną dla niego perspektywę, żeby duszę przeszył metafizyczny dreszcz.

Jak oczekiwać od ateisty świadomości sacrum, gdy Ojciec święty ubolewa, że samo chrześcijaństwo jest zdesakralizowane i zakcydentalizowane. Gdy ludzie wierzący zapalają najnowocześniejsze, wyszukana feerie świateł diabłu, a państwową dawkę żarliwości, staroświecki ogarek ofiarują swojemu Bogu. Fascynujący jest ściśle logiczny wywód złożeń bytowych do ipsum esse subsistens, do Absolutu. Ale … tor myśli zwykłego człowieka jest rozszarpany przez doczesne zabiegi. Świat uczy go zgoła innych fascynacji, wyostrzonego postrzegania tego, co daje tymczasowe korzyści. świat hoduje homo festivus – człowieka rozrywki. Człowiek rozrywki nawet lubi Jezusa, toleruje go. Jest to jednak zatrważająco “luzacka” zażyłość (przepraszam za tak wulgarne określenie) . Niech On sobie spokojnie kocha, w końcu od tego jest, a my się bawmy. My rozrabiajmy, a On niech wybacza, przecież jest specjalistą od miłosierdzia. Za to spowiadać się i zwierzać ciekawiej jest przed Big Brotherem, w świetle jupiterów. Swojemu dziecku homo festivus kupuje zamiast Biblii np. Harry Potlera, a potem zakrada się do dziecięcego pokoju i w bajkach szuka sposobu na życie. Cechuje go infantylizm egzystencjalny – nie wykazuje żadnego męstwa w istnieniu i sztucznie powstrzymuje własne dojrzewanie , bo to zbyt odpowiedzialny stan. W dodatku nieestetyczny. Arystoteles pisał, że powołaniem człowieka jest kontemplowanie Najwyższego Bytu. Dzisiaj do Najwyższego Bytu wielu ludziom za daleko i za wysoko. Może nieśmiało drży w sercu nadprzyrodzony impuls, ale zewsząd zagłusza go przepyszne rozproszenie, usłużna sfora fachowców, którzy zatroszczą się o to, by jak najskuteczniej zmarnować łaski. I zamiast zostać pneumatoforem – nosicielem Ducha świętego, zostaje człowiek nosicielem wirusa HIV.

Może sumienie kwili, że wyuzdana konsumpcja ukrywa akcesoria upadku i degeneracji, ale jest w końcu demokracja i wolno człowiekowi głosować na swoją wersję życia. Najwidoczniej jednak, nie za dobrze się czuje w spreparowanym sobie losie, bo na trzeźwo znieść go nie potrafi. Musi się czymś zamroczyć, od cięższych przypadków jest ekstremalny narkotyczny omam. Jakaś dziewczyna w wypracowaniu szkolnym na temat swojej przyszłości napisała : “… jestem inna, jestem wyjątkowa. Mam 25- cio metrową limuzynę i dwóch służących na każde skinienie”.

Ustrzeż nas Panie przed taką wyjątkowością i taką przyszłością. Po ludzku rzecz biorąc brzmi to beznadziejnie, a wszelkie gadanie wydaje się bezowocne jak “nacieranie Mozartem” uszu głuchego. Ale my wciąż liczymy na Ojca Niebieskiego i wiemy, że w świecie zamętu ciągle jest możliwe, by holistycznym gestem miłości odpowiedzieć na stwórczy przepych i w swoim sercu wypisać trwałą, wierną sumę filozoficzno-teologiczną.

A na koniec suplemencik, który wysupłałam z esejów filozoficznych Stefana Szymutki- “Nagrobek ciotki Cili”. “ Poglądy Martina Heideggera i ciotki Cili są zbieżne, ale ciotka Cila okazuje się skuteczniejsza dydaktycznie. U Heideggera troska o to, co najbliższe, o bycie (konkretne istnienie) roztapia się w filozoficznej abstrakcji, troska ciotki Cili „o to co najbliższe” pozostaje konkretna w swej historyczności. Gdy Heidegger dopiero zastanawia się jak otworzyć bycie na Boga, ciotka nieświadoma filozoficzności problemu, potrafi bez trudu włączyć prace domowe w plan zbawienia”.

Jolanta Lesiuk

silence78@wp.pl