02.28.05

Rekolekcje Wielkopostne – XX

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 6:38 po południu od admin

XX nauka – wiara a bogactwo

Kilka miesięcy tej na tej stronie opublikowałem artykuł-rozważanie „AUTODESTRUKCJA, czyli samobójstwo z luksusu …” i dzisiaj pragnąłbym go powtórzyć. Mówiliśmy bowiem o stosunku wiary do ubóstwa, czy niedostatku w naukach:

- XIII - dla zniechęconych

- XIV – ubóstwo, a wiara

i XV – zaufanie Bogu

I tam zastanawialiśmy się, jak wiara może nam pomóc w znoszeniu niedostatku i braków, jak możemy próbować rozwiązać wiele problemów naszego codziennego życia i nie popaść w czarną depresję, w zniechęcenie i apatię.

Warto więc może też zobaczyć, jak wiara może nam pomóc w ustrzeżeniu się przed pokusą samowystarczalności, czy –powiedzmy sobie wprost- przed pychą. Niepokoi mnie bowiem nadal powiedzenie Jezusa: „Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego.” (Mt 19:23-24 por. Mk 10:24-25 oraz Łk 18:24-25).

Zobaczymy może jak to się dzieje we współczesnych społeczeństwach, gdzie tak często bogactwo liczy się bardziej niż uczciwość, zysk bardziej niż człowiek, gdzie ludzie bogaci stają się coraz bardziej pewni siebie, zarozumiali i aroganccy, a jednocześnie tak łatwo popadają w depresję i odczuwają przesyt? Gdzie całe społeczeństwa postmodernistycznego świata przeżywają kryzys nie tylko wiary, ale w ogóle sensu. Gdzie życie w dostatku staje się coraz bardziej absurdalne i bezwartościowe. No i oczywiście pytanie czy wiara może takim ludziom pomóc?

problematyzacja

Jakie procesy są odpowiedzialne za autodestrukcję jednostek, grup społecznych, społeczeństw, kultur i całych cywilizacji ? Co powoduje, że ludzie żyjący w dostatku i zamożności decydują się na samobójstwo ? Co jest przyczyną tego, że kwitnące interesy upadają ? Dlaczego upadają całe kultury i cywilizacje, jak grecka, rzymska, czy na naszych oczach zachodnio-europejska ? Dlaczego wymierają zakony, a wiele instytucji Kościoła przeżywa swoje wzloty i bolesne kryzysy ?

diagnoza

Wydaje się, że w każdym wypadku pojawiają się na pewnym etapie rozwoju podobne, niepokojące sygnały, zapowiedzi samozniszczenia i autodestrukcji, symptomy regresu i upadku a nawet agonii. Można zauważyć określone prawidłowości w rozwoju i upadku jednostek, form i grup społecznych, kultur czy cywilizacji.

chciwość

Jednym z najpoważniejszych symptomów zapowiadających taką destrukcję jest nieracjonalna chęć bogacenia się za wszelką cenę, pragnienie pomnażania dóbr, nawet wbrew realnym potrzebom i możliwościom ich zużycia, czy wykorzystania. Każdy powrót do Europy, to dla mnie przede wszystkim zdumienie obfitością sklepów i ich zasobami. Patrząc na ilość sklepów i towarów w nich wystawionych, zastanawiam się, kto, kiedy i jak może to wszystko zużyć, przerobić, przetrawić, skonsumować ? Co się z tym robi, kiedy to już za długo leży na półkach? Ile ludzie mogą z tego kupić, ile potrafią zużyć, a ile się po prostu wywala, niepotrzebnie, bezsensownie, bezużytecznie niszczy w takim konsumpcyjnym społeczeństwie? To co widoczne jest gołym okiem w sklepach i w wielu naszych domach przepełnionych i ociekających wszelkim dobrem materialnym widoczne jest także w psychice ludzi, którzy stają się podatni na manipulację, dają sobie wmówić że to wszystko jest im nieodzownie potrzebne, że szczytem szczęścia i prawie jego ekstazą jest posiadanie … Dla tego bożka gotowi są sobie żyły wypruwać, niedosypiać, okradać innych, wykorzystywać w niewolniczy sposób swoich pracowników, a nawet zabić.

T. Merton - bożek posiadania

“Świat jest tylko odbiciem tego, co większość jego jednostek uczyniła ze swoich dusz.” zauważa Tomasz Merton (amerykański, trapista). „Kiedy dusza popada w nędzę, człowiek wewnętrznie pusty zaczyna rekompensować sobie dojmujący głód egzystencjalny barykadowaniem się w stosach materialnych wytworów. Pozbawiwszy duszę roli busoli, przewodnika wytyczającego drogę wzrostu, zdezorientowany zajmuje się bezkierunkowym zbieractwem. Idzie bezmyślnie za duchem świata.” Taka diagnoza jest o tyle słuszna, że owa irracjonalna chęć bogacenia się opanowuje umysły i dążenia nie tylko jednostek, ale i całych społeczeństw. Egzystencjalną pustkę duszy zastępuje człowiek bożkiem posiadania, sukcesu, bogacenia się.

głębokie zmiany, nowa filozofia

I jest to już nie tylko drugoplanowa zmiana profilu, standardu życia, ale zmiana podwalin człowieczeństwa, całej mentalności człowieka, społeczności, grupy jaką jest np. rodzina, zgromadzenie zakonne czy grupa zawodowa. Pragnienie ekonomicznego postępu, rozwoju, nastawienie się na zysk, na wymierny sukces, na posiadanie powoduje, że ludzie nie umieją już myśleć inaczej, jak właśnie kategoriami ekonomicznymi: ile zyskam, ile stracę, czy to się opłaca, jak zabezpieczyć się przed fiaskiem, jak pomnożyć dobra, które posiadam, jak je zachować, jak je chronić, jak się wybić, jak zabłysnąć …. itd., itp. Rodzi się cała filozofia posiadania, własności prywatnej, ochrony prywatności, a co za tym idzie także filozofia używania i nadużywania. Człowiek w takim społeczeństwie, w takiej grupie społecznej schodzi na drugi plan, człowiek, jednostka, bliźni, współbrat nie liczy się, jeśli jest nieproduktywny, jeśli nie zarabia, nie posiada, nie konsumuje, nie przerabia. Oczywiście że różnie i z różnym natężeniem i symptomami przejawia się to w rodzinie, w zakładzie pracy, w firmie, w biurze, w grupie znajomych, w partii politycznej, w bogatych społecznościach Europy Zachodniej, czy w grupach społecznych takich jak zakony i zgromadzenia. Ale wszędzie tam, gdzie pojawia się dyktat zysku, efektywności, sukcesu, bogacenia się indywidualnego czy zbiorowego, wszędzie tam kończy się człowiek, gubi się jego wartość i zanika moralność, a pojawia się i liczy tylko ekonomiczny, polityczny, społeczny zysk lub efekt czy nawet tanie efekciarstwo. Do głosu dochodzą nie wartościowi ludzie, ale głośno krzyczący efekciarze. Kończy się świat stworzony przez Boga dla człowieka, a zaczyna się świat bezwzględnej, drapieżnej walki społeczno-ekonomiczno-politycznej. Człowiek, jednostka ale i całe społeczeństwa wypadają z wszechobejmujących ramion sensu w przestrzeń gigantycznej gry pozorów.

ślepota bogatych

Tak jednostki, rodziny, jak i całe społeczności (niekoniecznie cywilne czy świeckie, bo dotyczy to także społeczności religijnych) czy nawet cywilizacje, kiedy wchodzą w fazę dobrobytu i niepohamowanego bogacenia się zapominają o innych żyjących obok, i zdają się naginać prawa –nawet moralne i naturalne- do własnych potrzeb i jedynego –w tym momencie- celu jakim jest szybkie osiągnięcie jeszcze większego bogactwa, dostatku, zamożności. Udowadnia się na różne sposoby konieczność takich działań, mówiąc o rozwoju (jakby rozwój materialny był najważniejszym, a nawet jedynym wyznacznikiem rozwoju), o zapobiegliwości, o przezorności (a może pazerności), o efektywności, o dynamizmie i zaradności. Posiadanie staje się bożyszczem, wartością samą w sobie. A jednocześnie jest to najnormalniejsza w świecie ślepota, spowodowana efektem lustra. Człowiek bogaty jest tak zapatrzony w siebie i swoje dobra materialne, że nie widzi już nic innego poza tym co posiada. Nie myśli o niczym innym jak o pomnożeniu tego, co gromadzi i o używaniu (vide nadużywaniu).

H. Marcuse - totalitaryzm i dyktatura konsumpcjonizmu

Zgubny system społeczno-ekonomiczny może mu tylko ułatwiać to zadanie. “Totalitarnym może być nie tylko terrorystyczne czy polityczne uporządkowanie społeczeństwa, ale także jego nie-terrorystyczne, ekonomiczno-techniczne uporządkowanie, które działa poprzez manipulowanie potrzebami ludzi przez właścicieli kapitału” - pisał Herbert Marcuse (w „Człowiek jednowymiarowy. Badania nad ideologią rozwiniętego społeczeństwa przemysłowego”). Człowiek, jednostka, ale i całe społeczeństwo staje się jedynie siłą nabywczą, konsumpcyjną, przetwarzającą produkt finalny na śmieci. Samo zaś posiadanie i konsumowanie staje się zastępnikiem bycia, istnienia, myślenia.

nie my posiadamy, ale jesteśmy posiadani

Takie zjawiska jednak, to sygnał ostrzegawczy, że coś zaczyna się psuć, że tracimy kontakt ze zdrową rzeczywistością, że zamykamy się w swoim własnym getcie, że nasze życie przestaje być życiem człowieka wolnego, otwartego na świat i na innych ludzi, że staje się podporządkowane dobrom materialnym. I tu następuje -w sposób niemalże niezauważalny- przewartościowanie, zmiana już nie tylko hierarchii wartości, ale nawet zmiana porządku świata. Już nie człowiek i jego wartość się liczy, ale sukces, powodzenie, posiadane dobra. Co więcej, te posiadane dobra (niekoniecznie materialne, bo mogą to być np. tytuły, honory, zaszczyty, sława, popularność) także zmieniają pozycję i to już nie my je posiadamy, ale to one zaczynają posiadać nas. Coraz więcej czasu i wysiłku poświęcamy dla ich pomnożenia, dla ich ochrony, dla delektowania się nimi i coraz bardziej jesteśmy niewolnikami posiadanych rzeczy, pieniędzy, kont, tytułów, pozycji społecznej itp.. Nastawienie na sukces, bogacenie się, pragnienie posiadania zrobiły swoje, dopięły celu. Człowiek z jego nieskończoną wartością człowieczeństwa został zredukowany. Już nie on rządzi światem, rzeczami, dobrami materialnymi, ale świat rzeczy rządzi nim. Człowiek został wmanewrowany w proceder samodegradacji, podporządkowany tyranii posiadania, używania, przetwarzania, konsumpcji …

luksusowe życie – piekło bogatych

Naturalnym efektem tego nieokiełznanego pragnienia bogacenia się i posiadania jest wzrastający luksus życia, a co za tym idzie tworzenie sobie enklawy, wyspy dobrobytu i samowystarczalności. Otaczanie się luksusowymi przedmiotami, systemami ochronnymi, bogactwem, które trzeba i bronić, i pomnażać, oraz izolowanie się od „reszty świata”. Takie życie w enklawach dobrobytu powoduje zmniejszenie się sił witalnych i psychicznych, wygasanie naturalnego i potrzebnego w życiu napięcia, brak stymulującego niedostatku, zanik zdrowego impulsu niedosytu. Na to miejsce wchodzi raczej zgubny stan przesytu, wrażenie przejedzenia i to nie tylko w dosłownym rozumieniu. Człowiek, jednostka ale i społeczność, cywilizacja stają się po prostu słabi, bo toną w grząskim gruncie dobrobytu, w konsumpcji nagromadzonych bogactw, w nadmiernym pochłanianiu. To, co na początku obiecywało raj na ziemi, beztroską egzystencję, staje się piekłem nadmiaru, gehenną przesytu, niestrawnością z przejedzenia.

perwersyjna kultura masowa wg T. Mertona

“Prawdą jest, że świat materialistyczny, tak zwana kultura masowa, która rozwinęła się pod czułą opieką kapitalizmu, wytworzyła to, co wydaje się ostateczną granicą takiego ducha świata. I nigdzie -może poza analogiczną społecznością pogańskiego Rzymu - nie było takiego rozkwitu tanich, płytkich i obrzydliwych pożądań i próżności jak w naszym kapitalistycznym świecie, gdzie nie ma zła, którego by się nie popierało i nie pielęgnowało dla dorobienia się pieniędzy. Żyjemy w społeczeństwie, którego cała polityka zmierza do podniecania wszystkich nerwów ludzkiego organizmu i utrzymywania ich w stanie ustawicznego napięcia, do dociągania każdego ludzkiego pragnienia do ostatecznej granicy i stworzenia możliwie największej liczby nowych pragnień i syntetycznych namiętności w celu zaspokojenia ich produktami naszych fabryk, naszych gazet, sal kinowych i całej reszty ” - tak pisał kilkadziesiąt lat temu Tomasz Merton (Siedmiopiętrowa góra). A możliwości techniczne inżynierii zepsucia stałe rosną.

hedonizm

I jakże bardzo prawdziwe są te słowa dzisiaj? Bowiem, życie wygodne i w luksusach generuje z jednej strony hedonizm, a z drugiej strony arogancję. Hedonistyczne wygodnictwo osłabia zarówno psychikę, jak i stronę organiczną i biologiczną jednostki i społeczeństwa. Wystarczy zobaczyć jak dużo -w społeczeństwach bogatych- jest ludzi otyłych, niezaradnych, niezgrabnych, chorych na bulimię, jak bardzo cierpimy na nadwagę, na nadciśnienie, na nadwrażliwość, jaki jest procent zawałów, raka spowodowanego paleniem, samobójstw itd. Albo, filozofia wyrażająca się w przekonaniu: „lepiej mieć pieska niż dziecko, bo to wygodniejsze.” I co widoczne jest już gołym okiem na zachodzie Europy … Arabowie i Afrykańczycy mają dzieci i zalewają nową populacją kraje takie jak Francja, Belgia, Niemcy, a miejscowi … pielęgnują pieski też zresztą wypasione do nieprzyzwoitości. Wystarczy w Belgii, czy Francji przyjrzeć się anorektycznej i rozpieszczonej, chowanej pod kloszem młodzieży białej populacji i fizycznie, biologicznie mocniejszej młodzieży afrykańskiej. Kto przetrwa, kto przeżyje koniec cywilizacji europejskiej?

arogancja i buta bogatych

Z drugiej strony dobrobyt i bogactwo powodują arogancję. Człowiek, społeczność i bogata cywilizacja stają się „impregnowane” na inne –poza materialnymi- wartości, prądy, idee i dążenia. Takie społeczeństwa (ale także jednostki) są przekonane, że wyznacznikiem ich wartości jest posiadane bogactwo, technologiczny sukces, że wszystko i wszystkich można kupić, a jedynym pytaniem jest kwestia: „za ile ?”

Taka -wygenerowana w sposób niemal automatyczny- arogancja i to zarówno w stosunku do innych jednostek, jak i innych kultur czy społeczności powoduje marginalizację „tych innych”, nieliczenie się z nimi, manipulowanie wszystkimi dla swoich korzyści i dla podkreślenia swojej wyjątkowej pozycji. Ale rodzi to także stresy i napięcia, kiedy ci inni nie chcą uznać tej wydumanej, wyjątkowej pozycji, nie chcą zaakceptować naszych rzekomo słusznych roszczeń i dążeń do dominacji. Dość tu wspomnieć np. o hitlerowskiej ekspansji na wschód dla powiększenia przestrzeni życiowej, czy aroganckiej i butnej polityce zagranicznej współczesnych wielkich mocarstw lub partii politycznych, grup nacisku i grup wpływów. Słyszy się często o aroganckiej władzy, o aroganckich politykach, ale należy też mówić wprost o arogancji bogatych, żyjących w luksusach i dobrobycie jednostek, społeczeństw i całych cywilizacji. To nie tyko amerykańska administracja jest arogancka i zaborcza w stosunku do krajów trzeciego świata, ale i ludzie z Europy przyjeżdżający np. na wakacje do Afryki. To nie tylko politycy i różowi magnaci w naszym kraju zachowują się lekceważąco w stosunku do reszty społeczeństwa, ale i zamożne, żyjące w dobrobycie społeczeństwo jest zuchwale pewne siebie w stosunku do tych z marginesu, w stosunku do tych, którym się w życiu nie udało. Przypatrzmy się tylko jak pracodawcy, w naszych zakładach pracy odnoszą się do zatrudnionych, jak ich traktują, jak płacą za pracę, za nadgodziny. Ileż w tym butnej i nieludzkiej arogancji, ileż buty i pogardy. A dlaczego ? Tylko dlatego, że jeden jest bogaty, a drugi ubogi?

bezprawne prawa, manipulacja

Wewnątrz takiego hedonistycznego i aroganckiego społeczeństwa czy społeczności można zauważyć inne niebezpieczne trendy i nastawienia. To, o czym pisze cytowany wcześniej Tomasz Merton. Używki, lenistwo, szukanie mocnych wrażeń, konsumpcjonizm, a w dalszej kolejności perwersje, zboczenia, choroby organiczne (obżarstwo, opilstwo, narkomania), psychiczne i społeczne powodują biologiczne i psychologiczne niszczenie i dewastację jednostek, społeczności i całych cywilizacji. Jest to już tylko naturalna konsekwencja hedonizmu i aroganckiej postawy wobec świata. Właśnie to, obserwujemy obecnie wśród bogatych społeczeństw północy, ale także w naszym kraju wśród bogatych biznesmenów i właścicieli, wśród klas politycznych, które straciły –jak się wydaje już nie tylko poczucie przyzwoitości, ale nawet zdrowego rozsądku. Takie społeczności (klasa kolesiów) i społeczeństwa, ale także takie jednostki, manipulują wszystkimi i wszystkim. W butny i arogancki sposób ustalają swoje własne reguły gry, tylko po to, aby zachować i umocnić swoją pozycję. Uchwala się coraz bardziej bezprawne prawa, coraz bardziej chore uchwały, wprowadza coraz bardziej perwersyjne normy i zwyczaje, tylko po to aby zaspokoić niepohamowany pęd do bogacenia się i usprawiedliwić hedonistyczny styl życia klasy wybrańców. Immunitety, racja stanu, pozycja geopolityczna, konieczność historyczna to tylko niektóre z elementów tej batalii o zachowanie swojej uprzywilejowanej pozycji.

przesyt, stresy, bezsens

A jednocześnie ludzie tacy stają się bardzo podatni na stresy i łatwo wpadają w przygnębienie, w depresję, w zniechęcenie i znudzenie, poczucie przesytu, a nawet kaca moralnego, intelektualnego i społecznego. Ich jedyną i największa troską jest ochrona swoich dóbr, stanu posiadania, pomnażanie go bez sensu i bez potrzeby. To właśnie generuje stresy, napięcia, nieporozumienia, ślepą agresję i ostatecznie zmęczenie. Efektem tego jest wzrastająca liczba samobójstw, poszukiwanie zastępników, dogadzanie sobie, złudzenie samowystarczalności, potęgi i władzy.

I można taką diagnozę zastosować zarówno w stosunku do jednostek, do klas społecznych i politycznych, do instytucji i społeczeństwa, jak i do całych kultur i cywilizacji. Inni to żebracy, biedacy, bandyci, niewolnicy, murzyni, barbarzyńcy, pariasi, nieudacznicy niewarci uwagi. A co przy tym ciekawe, to fakt że najbogatsze kraje Europy zachodniej, ale i Japonii mają największą ilość samobójstw, najbogatsi ludzie są najbardziej nieszczęśliwi, skacowani, niezadowoleni i po prostu chorzy z przesytu.

pycha !!!

Rodzi się wtedy jednocześnie zgubna pokusa uwierzenia w samowystarczalność i ostatecznie pycha, przekonanie o swoim wybraństwie, o błękitnej krwi, o swoim boskim pochodzeniu (i tutaj przypominają się nie tylko egipscy faraonowie i rzymscy cesarze, ale i wielcy magnaci ekonomiczni i polityczni współczesności, a także mesjańskie mrzonki całych narodów i kultur, które narzucają swoje wartości i swój styl życia innym).

permisywizm, laksyzm, globalizacja itd.

Zadufanie, zapatrzenie w siebie wyraża się w uwierzeniu w swoją szczególną, mesjańską pozycję i chęć pouczania, dominacji, podporządkowania innych swojemu stylowi życia. Szafuje się i manipuluje wtedy najprzeróżnorodniejszymi pseudo-wartościami neguje i deformuje wartości. Bogaty, żyjący w luksusach człowiek czy społeczeństwo będzie arogancko pouczać innych w imię wolności, demokracji, swobody, lub wprowadzać standaryzację, globalizację, unifikację ale zawsze „pod siebie”, z nastawieniem na obronę swoich własnych interesów, na pomnożenie swoich bogactw, z podkreśleniem swojego własnego status quo. Dla tychże samych celów zmodyfikuje się nawet najbardziej fundamentalne rzeczywistości, jak prawo naturalne udowadniając, że związek homoseksualny jest tak samo naturalny jak małżeństwo i to w imię wolności, i równouprawnienia, że aborcja jest moralnie uzasadnionym zastępnikiem doboru naturalnego. Wtedy oczywiście dokonuje się zrównania cnoty z grzechem, równouprawnienia zboczenia i natury, bo jedyną wartością, która naprawdę się liczy jest ekonomiczny zysk i szybki, spektakularny sukces np. polityczny czy wyborczy. Trzeba być popularnym, a najlepszym sposobem na popularność jest laksystyczny permisywizm.

sytuacjonizm, konformizm, negacja prawdy

Jednocześnie widoczna jest u takich ludzi i w takich aroganckich, permisywistycznych społecznościach, czy grupach społecznych degrengolada, rozluźnienie, bezproblemowe odstępowanie od wszystkich norm i zasad. A co za tym idzie, demoralizacja, koniunkturalizm i zanegowanie jakichkolwiek klarownych norm. To związane jest, czy raczej ufundowane na podstawowej negacji – na zanegowaniu istnienia prawdy. Głosi się w sposób jawny lub tylko zawoalowany, relatywizm etyczny i moralny, sytuacjonizm i konformizm, służący ochronie interesów tejże właśnie, aroganckiej jednostki czy społeczności. Tak ustawia się zasady, normy moralne i prawne, tak manipuluje się prawdą i „sprawiedliwością”, aby decydenci, zawsze „wyszli na swoje”. Wszystko mi wolno, wszystko jest dozwolone. Jeśli coś mogę zrobić, jeśli mam techniczne i materialne środki, to jest to, nie tylko dozwolone ale –jednocześnie- słuszne i uprawnione. Uzasadnienie zawsze można dorobić. Wystarczy tu jako przykład podać zachowanie naszych polityków, czy zachowanie administracji wielkich mocarstw, ale także zachowanie niektórych szefów i przełożonych w niekoniecznie politycznych instytucjach.

mój, moje, mojego

Ten uprzywilejowany status quo pociąga za sobą zanegowanie i odrzucenie krępujących i ograniczających więzi społecznych, postępujący indywidualizm jednostek i atomizację życia całych społeczeństw. Nie należy liczyć się z innymi, nie należy w ogóle na nich zwracać uwagi. Ci inni mogą mi przeszkadzać, mogą ograniczać moją wolność, są zagrożeniem dla mojego dobrobytu, zamachem na mój stan posiadania. To nieważne, że oni żyją biednie, a czasami nawet w nędzy – zasłużyli na to, bo są niedorajdami. To nieważne, że mój dobrobyt jest wynikiem zwykłego wyzysku lub nieuczciwości, bo sukces i cel usprawiedliwia środki. A w końcu to ja im daję zatrudnienie i pracę, niech się więc cieszą, że cokolwiek mogą zarobić. To oczywiście łączy się z izolowaniem się i wynoszeniem ponad innych i ponad wszystko, z odrzuceniem Boga, moralności, ładu, przykazań. Człowiek sam dla sobie staje się wyznacznikiem, celem i miarą wszystkiego. Jeden z niemieckich filozofów powiedział, że religia jest kulturą naszego stosunku do Nierozporządzalnego. Widać więc, że zerwanie więzi z Bogiem, wypacza też relacje międzyludzkie. Człowiekowi bezbożnemu wydaje się, że wszystkim i wszystkimi może dowolnie rozporządzać.

Hedonistyczne i egoistyczne, egocentryczne nastawienie do życia staje się ostatecznie przyczyną nawet biologicznego samozniszczenia. Człowiek, jednostka, społeczność, społeczeństwo, cywilizacja skupione na sobie, zadufane i samowystarczalne wynaturzają się i samo wyniszczają. Przestaje się czegokolwiek chcieć, do czegokolwiek dążyć, postępuje stagnacja i obumieranie, cofanie się, rozpad, degrengolada, zniszczenie. I tak oto to, co było przyczyną wzrostu, obietnicą raju na ziemi staje się przyczyną końca, upadku, autodestrukcji i fiaska.

egoizm - egocentryzm, stagnacja

Egoizm rodzi egocentryzm i vice versa, egocentryzm wzmacnia egoistyczne i podsiębierne nastawienie do życia. Czy nie jest to właśnie to, co mamy okazję obserwować w strukturach zdeprawowanej władzy, biznesu, polityki, na arenie międzynarodowej ale i narodowej czy wewnątrz grup i formacji społecznych takich jak rodzina, grupa zawodowa, czy nawet zgromadzenie zakonne? A u podstaw mamy bardzo popularne ostatnio nastawienie na sukces, na efekt, na rozwój, krótkowzroczny i ciasnego praktycyzm, wypłukany z resztek moralnej i metafizycznej nadbudowy. Zapomina się o moralności i o etycznych normach, neguje podstawową wartość, jaką jest prawda, którą się odkrywa, a nie ustanawia, nie manipuluje. Dobrobyt nie służy więc rozwojowi, ale wprost przeciwnie samozniszczeniu, autodestrukcji. I jest to widoczne na poziomie jednostki, społeczeństw i społeczności, ale także całych kultur i cywilizacji.

historia est magistra vitae

Łacińskie powiedzenie „historia est magistra vitae” zdaje się wyrażać prawdę najbardziej obecnie lekceważoną. A przecież wystarczy tylko z uwagą przyglądnąć się jak w historii wymierały kultury i cywilizacje, jak waliły się potęgi militarne i ekonomiczne, jak „marnie kończyli” wielcy tego świata … I cóż ? Nikt nie chce tego widzieć, ani o tym pamiętać. Nikt nie chce się niczego z historii nauczyć. Powtarzamy błędy naszych przodków i zaślepieni mirażami sukcesu i ułudami bogactwa zmierzamy –jak oni- w kierunku samo-anihilacji, autodestrukcji i samozniszczenia.

I odpowiedź wiary na tego rodzaju zagrożenia. Sama narzuca się niejako przypowieść Jezusa z Ewangelii wg św. Łukasza:

głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie …

Powiedział też do nich Jezus:

Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść:

Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?

Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem.?

(Łk 12:15-21)

Po tej długiej tyradzie pozostaje jedno pytanie: „Jak się ustrzec przed tym wszystkim?” To pytanie można by i tak sformułować: Czy bogactwo, dobrobyt, samowystarczalność muszą zawsze kończyć się samobójstwem z luksusu? Czy nie ma innego rozwiązania niż autodestrukcja?

Nie można jednak dać jednoznacznych i powszechnie stosowalnych odpowiedzi na te pytania. Bo każdy musi sobie sam odpowiedzieć i sam wybrać drogę rozwoju. A może to być albo rozwój wszerz i bezsensowne mnożenie bogactw, albo rozwój w głąb.

I dobrze jest pamiętać przestrogę Chrystusa: „Głupcze, jeszcze tej nocy Bóg może zażądać twojej duszy i z czym staniesz przed Stwórcą?

liturgia najbliższych tygodni …

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 7:34 przed południem od admin

III Tydzień Wielkiego Postu

27 Niedziela - III Niedziela Wielkiego Postu

Gabriela, Prokopa, Anastazji

Wj 17, 3-7; Ps 95; Rz 5, 1-2.5-8; J 4, 42.15; J 4, 5-42

kazanie tutaj …

28 Poniedziałek - Romana, Oswalda, Ludomira

2 Krl 5, 1-15a; Ps 42; Ps 130, 5.7; Łk 4, 24-30

MARZEC

1 Wtorek - Feliksa, Albina, Antoniny, Dawida

Dn 3, 25.34-43; Ps 25; Jl 2, 13; Mt 18, 21-35

2 Środa - Symplicjusza, Heleny, Radosława

Pwt 4, 1. 5-9; Ps 147; J 6, 63b. 68b; Mt 5, 17-19

3 Czwartek - Kunegundy, Maryny, Tycjana

Jr 7, 23-28; Ps 95; Jl 2, 13; Łk 11, 14-23

4 Piątek - Kazimierza, Łucji, Eugeniusza

Syr 51, 13-20 lub Flp 3, 8-14; Ps 16; Łk 21, 36; Łk 12, 35-40

kazanie tutaj …

5 Sobota - Teofila, Wirgiliusza, Adriana, Fryderyka

Oz 6, 1-6; Ps 51; Ps 95, 8ab; Łk 18, 9-14

IV Tydzień Wielkiego Postu

6 Niedziela - IV Niedziela Wielkiego Postu

Róży, Kolety, Wiktora

1 Sm 16, 1b. 6-7. 10-13a; Ps 23; Ef 5, 8-14; J 8, 12b; J 9, 1-41

kazanie tutaj …

7 Poniedziałek - Perpetuy, Felicyty, Pawła, Tomasza

Iz 65, 17-21; Ps 30; Ps 130, 5. 7; J 4, 43-54

8 Wtorek - Beaty, Jana, Wincentego, Feliksa

Ez 47, 1-9. 12; Ps 46; J 4, 42. 15; J 5, 1-3a. 5-16

9 Środa - Franciszki, Dominika, Brunona

Iz 49, 8-15; Ps 145; J 11, 25a. 26; J 5, 17-30

10 Czwartek - 40 Męczenników z Sebasty Aleksandra

Wj 32, 7-14; Ps 106; Ez 18, 31; J 5, 31-47

11 Piątek - Konstantyna, Benedykta, Ludosława

Mdr 2, 1a. 12-22; Ps 34; J 6, 63b. 68b; J 7, 1-2. 10. 25-30

12 Sobota - Maksymiliana, Alojzego, Justyny

Jr 11, 18-20; Ps 7; J 3, 16; J 7, 40-53

13 Niedziela - V Niedziela Wielkiego Postu

Krystyny, Bożeny, Patrycji

Ez 37, 12-14; Ps 130; Rz 8, 8-11; J 11, 25a. 26; J 11, 1-45

kazanie tutaj …

Papież o cierpieniu …

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 6:40 przed południem od admin

“Patrząc na Chrystusa i podążając za nim z cierpliwą ufnością, potrafimy zrozumieć, że wszelki ludzki ból zawiera w sobie Bożą obietnicę zbawienia i radości”

Jan Paweł II (27.02.2005)

02.27.05

Rekolekcje Wielkopostne – XIX

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 10:53 przed południem od admin

XIX nauka – Bóg nie pozwolił mi umrzeć

I drugie, niezwykłe świadectwo wiary i ufności w nawale cierpień spadających na rodzinę …

Kiedy go czytam, przypomina mi się jako żywo historia Hioba, który głęboko doświadczony przez cierpienie nie przestaje powtarzać: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” (Hiob 1:21)

*******************

Bóg nie pozwolił mi umrzeć.

Nie mogę pisać tylko o moim doświadczeniu cierpienia, lecz o naszym wspólnym - małżeńskim i rodzinnym.

Jesteśmy małżeństwem od 18 lat.

Połączyło nas Duszpasterstwo Akademickie, razem przeżywane rekolekcje, obozy letnie i zimowe, pielgrzymki na Górę św. Anny, do Częstochowy - zwłaszcza ta Warszawska. Wspólnie przeżywaliśmy burzliwe lata osiemdziesiąte. Nie mogę nie wspomnieć, że oboje mieliśmy podobne zainteresowania - studiowaliśmy na wydziale lekarskim na tym samym roku, a po ślubie w tej samej grupie dziekańskiej. Pierwsze lata naszego małżeństwa nie były wolne od trosk. W związku z bardzo niskimi poborami nasze portfele były często puste, ale w takich momentach na pomoc przychodziła nam nasza ślubna Ewangelia o liliach na polu i ptakach.

Te właśnie słowa przywracały nam zaufanie w Bożą Opatrzność, które nigdy nie okazało się daremne. Wcześniej czy później nadchodziła niespodziewana pomoc - zawsze adekwatna do naszych potrzeb (nigdy więcej!).

Powoli dojrzewaliśmy do cierpienia w naszym życiu małżeńskim i rodzinnym.

Poprzez diagnozowanie niedomagania Janusza (męża), które napawało mnie lękiem (mieliśmy już ponad dwuipółroczną córeczkę), poprzez zagrożenie życia dziecka, które nosiłam pod sercem (tzw. ciąża zagrożona) i późniejsze choroby synka - przyszło na nas największe doświadczenie.

Zaczęły mnie nękać coraz bardziej dokuczliwe bóle głowy, pogarszała się też moja wydolność fizyczna. Razem z mężem uważaliśmy to za objaw przemęczenia i znerwicowania - było to najlogiczniejsze wytłumaczenie. Etat dzielony między oddział dziecięcy i poradnię dla dzieci, związane z tym dyżury szpitalne, przygotowywanie się do specjalizacji z pediatrii i prowadzenie domu…

Równocześnie Janusz pracował podobnie - tylko że na oddziale wewnętrznym i z o wiele większym obciążeniem dyżurowym. Na jednym z dyżurów zauważyłam u siebie wyraźne pogorszenie słuchu prawego ucha. Po leczeniu przeciwzapalnym audiogramy były nadal złe. W związku z tym zostałam wysłana na dokładne badania diagnostyczne do kliniki laryngologicznej. Jeszcze przed wyjazdem ustaliliśmy z mężem, że każdy wynik przyjmiemy w prawdzie. Może to zupełnie niedorzeczne, ale tak trochę cieszyłam się tym, że wyjaśnią się przyczyny moich dolegliwości.

No i po wielu badaniach, uwieńczonych tomografią komputerową, dowiedziałam się. Diagnoza była groźna: guz mózgu, zlokalizowany w bardzo trudno dostępnej dla chirurgów okolicy (w kącie mostowo-móżdżkowym). Niestety, neochirurgia polska raczkowała wówczas w tego typu operacjach. Tylko dzięki częstej obecności w kaplicy szpitalnej na modlitwie i Eucharystii mogłam przyjąć ten ciężar.

Nie dźwigałam go jednak sama. W domu została wdrożona codzienna modlitwa w mojej intencji. Dwa zaprzyjaźnione małżeństwa oraz bardzo często kapłan z naszej parafii, no i my z Januszem odmawialiśmy codziennie część różańca oraz Litanię do Miłosierdzia Bożego.

W związku z dużym zagrożeniem życia przyjęłam sakrament chorych. Równocześnie mąż usilnie dowiadywał się, gdzie mogłabym poddać się operacji. W tym też czasie, za sugestią i pod dużym naporem rodziny, zdecydowaliśmy się jeździć do bioenergoterapeuty.

Mój stan ogólny oraz ustąpienie wielu dolegliwości, jak również poprawa szeregu badań klinicznych (m.in. audiogramu) pozwalały przypuszczać, że guz uległ znacznemu zmniejszeniu. Moje siły zewnętrzne na tyle się poprawiły, że niektórzy znajomi nie mogli uwierzyć w diagnozę. Niestety, po wykonaniu kontrolnych zdjęć tomograficznych okazało się, że guz niebezpiecznie urósł.

Po wielu szczęśliwych “zbiegach okoliczności”, na początku 1990 roku, trafiłam na oddział kliniki neurochirurgicznej, gdzie wcześniej zakupiono pierwszy w Polsce sprzęt do przeprowadzania tak skomplikowanych operacji.

Tymczasem Janusz porozsyłał modlitewne wici do wszystkich znajomych i przyjaciół. Później dowiedzieliśmy się, że i przyjaciele przyjaciół oraz znajomi znajomych modlili się za mnie i często ofiarowywali Msze św.

I ja starałam się nie być bezczynna.

Prawie codziennie chodziłam na Eucharystię (mimo kilkakrotnego ostrzeżenia, że w moim stanie chodzenie jest niebezpieczne). Po szczęśliwie przebytych dwóch operacjach, chociaż byłam przykuta do łóżka, cieszyłam się, że przez ręce kapelana mogę dostąpić łaski Komunii św. Okres pooperacyjny przebiegał bez żadnych komplikacji, moja radość zaczęła się jednak zmieniać w coraz to większy niepokój.

Dlaczego nie ma Janusza? Dotychczas odwiedzał mnie bardzo często… “Moi” lekarze w sposób pewny oznajmili, że mąż ma grypę i przecież nie może mnie zarazić. Wiedziałam już wcześniej, że nasza córeczka jest chora. Zdaniem męża nie było to nic poważnego, ale dla pewności oddał ją na oddział laryngologii dziecięcej pod fachową opiekę (pojechał w tym dniu na pogrzeb swojej babci).

Gdy dowiedziałam się, że córka została przewieziona do innej kliniki laryngologicznej, byłam pewna, że dzieje się coś złego, a ja jestem “dla mojego dobra” okłamywana. Telefonicznie wymogłam na mężu, aby przyjechał i przedstawił mi prawdę. Prawda była okrutna. Oboje z Januszem płakaliśmy w czasie rozmowy.

Córeczka leżała pod respiratorem, a jej życie wisiało na przysłowiowym włosku. Okazało się, że wskutek rażącego błędu lekarza - do którego się nie przyznał – doszło do masywnego krwotoku wewnętrznego z tętnicy szyjnej. Ale i to zło Pan Bóg potrafił zamienić w dobro przez łańcuch ludzi dobrej woli.

Kilkanaście osób w odpowiedzi na apel oddało natychmiast krew do transfuzji (brakowało jej, gdyż Majka ma bardzo rzadką grupę krwi - w Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa było jej tylko 0,5 litra). Anestezjolog kliniki kardiochirurgii dziecięcej znieczulał ją do operacji, radiowozem policyjnym przywieziono na konsultację hematologa (była godzina szczytu), prywatnymi samochodami dowożono potrzebne materiały i leki.

W ciągu godziny przetoczono Majce 7 litrów krwi (u dziecka w jej wieku w żyłach płynie ok. 3 litrów) - do jednej żyły “pompowano”, a z drugiej tętnicy fontanną wypływała. Cudem Opatrzności Bożej było zgromadzenie takiej ilości krwi – niemożliwością wydawało się pozyskanie chociaż 2 litrów? Ostatecznie po kilku operacjach znalazła się na oddziale intensywnej terapii.

Dopiero później dowiedziałam się, że Janusz w najbardziej krytycznym momencie całkowicie oddał jej życie Bogu (”Panie, jeżeli chcesz, zabierz ją – do Ciebie należy. Ale jak to wytłumaczyć Ewie?”). Zaraz w pierwszej dobie, gdy została odłączona od respiratora, zdecydowałam się wyjść z kliniki na własne żądanie. Było to dwa tygodnie po operacji Majki.

Jej stan był opłakany - leżała w pajęczynie najróżniejszych rureczek, ale starała się uśmiechać do mnie i Janusza. Kolejne dni mijały, a Bóg czynił cud po cudzie w jej organizmie.

W maju, w normalnym terminie, przystąpiła do sakramentu pokuty i do I Komunii św.

Dziś, po latach, poza bliznami, nic nie wyróżnia jej z grona rówieśniczek, chociaż wypisana była z kliniki z rozpoznaniem zawału prawej półkuli mózgu.

Chwała Panu!

Ale to nie był jeszcze koniec naszych prób… Moje bóle głowy stawały się trudne do wytrzymania, często wymiotowałam; nadwrażliwość na hałas, zapachy i światło sięgała zenitu. I kolejne badanie tomograficzne wykazało wznowę - guz, który według wiodącego anatomopatologa miał być niezłośliwy, wykazał swą bardzo dużą złośliwość lokalną… Wzrastał w zastraszający sposób.

Tymczasem mój Tata też się rozchorował… Nowotworowo… Widziałam, jak niknie w oczach i bardzo cierpi. Wszyscy płakaliśmy po kątach mieszkania. Jedyną pociechą były częste wizyty kapłana z Panem Jezusem.

Udało się nam (Mamie, Januszowi i mnie) namówić Tatusia, aby wraz ze mną przyjął sakrament chorych. A potem - potem był pobyt Taty na oddziale chirurgicznym, operacja, która się udała… I również mój pobyt w “mojej” klinice neurochirurgicznej. Musiałam leżeć, brać leki, zastrzyki, kroplówki.

Ale jeszcze mogłam zachować minimum samodzielności - sama chodziłam do toalety (nawiasem mówiąc była obok sali), opierając się o ścianę i barierki łóżek. W drugiej dobie pobytu na oddziale dowiedziałam się od Janusza o śmierci Taty. Uparłam się, że pojadę na pogrzeb, choćby na wózku inwalidzkim. Ordynator oddziału, mąż i brat mój stryjeczny próbowali mi wyperswadować ten pomysł. Przeważyło stwierdzenie, że Tatuś na pewno nie chciałby, żebym takim zachowaniem jeszcze bardziej nadwątliła swoje mizerne siły.

Cóż, pozostała mi tylko modlitwa (albo aż modlitwa). Wołałam w duchu do Boga, że już wystarczy tych prób, a równocześnie prosiłam o siły do dalszego niesienia krzyża. Wiedziałam, że jest ze mną źle, lecz nie zdawałam sobie sprawy ze stanu zagrożenia życia.

Guz urósł do wielkości męskiej pięści (?!), wrastając w pień mózgu, a lekarze nie wierzyli w sens podjęcia operacji. Operowali mnie tylko ze względu na solidarność zawodową. Operacja trwała kilkanaście godzin.

Największą radość przeżyłam po otwarciu oczu, kiedy zobaczyłam przy swoim łóżku kapłana z Najświętszym Sakramentem i uśmiechniętego mojego męża.

Potem przyszły szare, trudne i pełne nauki pokory dni. Byłam całkowicie zależna od innych, uczyłam się prosić. Po długim pobycie w klinice neurochirurgicznej otrzymałam skierowanie na oddział onkologii. W międzyczasie miałam trochę “urlopu” od białych fartuchów (od Wigilii Bożego Narodzenia do Nowego Roku). Moje siły psychiczne i fizyczne były bardzo nadwątlone. Do domu zostałam wniesiona przez męża i szwagra.

Znaleźli się ludzie, którzy zadbali o moją duszę - sprowadzono kapłana (trzeci raz przyjęłam sakrament chorych), modliły się nade mną osoby z Odnowy w Duchu Świętym i oczywiście codziennie był odmawiany różaniec.

I przyszedł bardzo trudny do przeżycia pobyt na onkologii. Panowała tam pełna lęku i beznadziejności atmosfera ciągle ocierał się człowiek o śmierć współpacjentów. Miałam przyjąć 30 dawek naświetlań tzw. bombą kobaltową. Od tych leczniczych promieni ginęły pozostawione po operacji komórki guza, ale również komórki skóry. Powoli łysiałam oraz niewiarygodnie traciłam siły.

Przy życiu podtrzymywała mnie tylko częsta Komunia św.

Mąż, walcząc o moją nadzieję, nagrał na taśmę magnetofonową fragmenty Ewangelii według św. Marka o uzdrowieniach. Przesłuchiwałam ją i ze smutkiem powtarzałam Panu – A ja? O mnie zapomniałeś?

Wreszcie nadszedł wytęskniony powrót do domu. Tu też nie obyło się bez próby…

Zaczęłam cierpieć na straszliwe drżenia głowy i rąk, które uniemożliwiały mi sen (głowa “podskakiwała” na poduszce) oraz przyjmowanie pokarmów i napojów (mąż karmił mnie przyciskając głowę do oparcia fotela). Zaburzenia połykania powodowały ciągłe krztuszenie się. To było już powyżej granic mojej wytrzymałości.

Prosiłam Janusza o skrócenie mi cierpień, o podanie mi środka, który zakończy moje życie.

Na szczęście mąż nie “ulitował” się nade mną. Po wielu konsultacjach poprzedzonych modlitwą (wiele nauczyło nas medytowanie 38. rozdz. Mądrości Syracha) Janusz zmienił dawki i niektóre przyjmowane przeze mnie leki. Powoli drżenia zaczęły ustępować.

Bóg nie pozwolił mi umrzeć. Ulitował się nad dziećmi, mężem, rodziną. Okazał swe miłosierdzie i moc uzdrowienia.

Jezus żyje! Chwała Mu i cześć, i dziękczynienie!

To był początek naszego nowego życia, początek różnych przewartościowań. Mimo pozornej „degradacji społecznej” (z lekarza na rencistę I grupy inwalidzkiej i gospodynię domową, która na domiar złego nie potrafi sprostać wszystkim obowiązkom) jestem szczęśliwa.

Żyję dla Boga, dla dzieci i męża.

Minęło już 9 lat od tamtych wydarzeń.

Nawet nam trudno uwierzyć, jak wiele znaków uczynił Pan w naszym życiu.

Byłam osobą, która samodzielnie nie potrafiła usiąść w łóżku, nie mogła czytać (z powodu silnego oczopląsu), nie umiała się nawet podpisać i bełkotliwie mówiła.

Przez prawie niedostrzegalne działanie Boga (myśmy nie widzieli tego, lecz każda osoba z zewnątrz zauważała pozytywne zmiany w moim organizmie) już w 1992 roku mój stan zdrowia na tyle się poprawił, że mogliśmy z Januszem pojechać na rekolekcje.

Od tego czasu przynajmniej raz w roku odprawialiśmy je, pogłębiając naszą wiarę, nadzieję i miłość. Jesteśmy ciągle w drodze do miłosiernego Ojca i choć nieraz upadamy, podnosimy się wzajemnie i razem próbujemy iść dalej.

Ewa

Tyle świadectwo Ewy.

A ja … zastanawiam się znowu: „A ja, co ja zrobiłbym w takiej sytuacji? Czy starczyłoby mi wiary?

O wiarę trzeba się modlić … Panie przymnóż nam wiary, zaradź niedowiarstwu naszemu.

02.26.05

Rekolekcje Wielkopostne – XVIII

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 1:39 po południu od admin

XVIII nauka – świadectwo wiary

Dzisiaj kiedy pisałem naukę, aby umieścić ją wieczorem na stronie, wpadł mi w ręce list młodej dziewczyny, która z ogromnym przejęciem i niezwykłą szczerością opowiada swoje spotkanie z Bogiem w bardzo trudnej sytuacji. Chora na raka w 16 roku życia mogła stracić nie tylko nogę, ale i wiarę. Sądzę, że ten list jest znacznie lepszy od tego, co ja sam przygotowałem. Dlatego pozwolę go sobie zacytować zamiast lub raczej, jako dzisiejszą naukę rekolekcyjną.

************************

Mój koszmar zaczął się dwa lata temu, kiedy miałam 16 lat.

Wcześniej byłam zdrową, wesołą cieszącą się życiem i pełną optymizmu dziewczyną. Lubiłam tak jak każda nastolatka tańczyć, chodzić na dyskoteki, poznawać nowych ludzi. Rodzice nigdy nie mieli ze mną żadnych problemów wychowawczych, z nauką szło mi dobrze, w niedziele chodziłam do kościoła, modliłam się.

Nikt nie przypuszczał, że to moje wspaniałe życie obróci się w prawdziwy koszmar. Kilka miesięcy przed wakacjami zauważyłam na prawej nodze pod kolanem niewielki guzek. Myślałam, że to nic groźnego, i że zniknie tak samo szybko, jak się pojawił. Jednak moje przypuszczenia się nie sprawdziły…

W drugi dzień wakacji poszłam z mamą do lekarza, aby obejrzał moją nogę, bo guzek, który początkowo był niewielki, stał się teraz sześciocentymetrowym guzem, a przy tym bardzo mnie bolał, zarówno przy chodzeniu, jak i przy lekkim nawet dotyku. Lekarz zostawił mnie na kilka dni w szpitalu na badaniach kontrolnych. Po paru dniach dowiedziałam się, że lekarze podejrzewają u mnie raka.

Z początku nie robiłam żadnej afery, bo nie miałam pojęcia, co tak naprawdę znaczy ta choroba. Wysłano mnie do Warszawy do Centrum Zdrowia Dziecka w celu zrobienia tam kilku dokładniejszych badań i ewentualnie przeprowadzenia zabiegu. W Centrum poczułam się bardzo nieswojo…

Gdy weszłam na Oddział Onkologii i zobaczyłam te wszystkie małe dzieci podłączone do kroplówek, po prostu nie wiedziałam, jak mam się zachować. Zobaczyłam coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie widziałam: dzieci, które tam leżały, były bez włosów, rzęs, brwi, brały dożylnie jakieś płyny, wymiotowały na łóżkach. Zaczęłam płakać, prosiłam rodziców, żeby mnie stamtąd zabrali, że nastąpiła jakaś pomyłka, że nie powinnam tu być, że ja nie chcę być taka jak one.

Gdy się trochę uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać.

Dlaczego te dzieci tak cierpią? Za co one cierpią? Przecież te maleństwa powinny być teraz w domu, z rodzicami, między ludźmi, którzy je kochają, a nie tutaj - w tym okropnym szpitalu. Czemu one tak cierpią? Czym zawiniły w swoim krótkim życiu, żeby tak cierpieć?

Te i inne jeszcze pytania, na które nie znałam odpowiedzi, kłębiły mi się w głowie. Okazało się, że będę musiała zostać w szpitalu na badaniach. Tak bardzo się bałam. Jednak Rodzice zawsze byli przy mnie, gdy ich potrzebowałam. Po kilku dniach lekarze postawili diagnozę - nowotwór złośliwy. Byłam w szoku.

Niedługo potem operacja, po niej dostawałam kroplówki - tzw. chemioterapię, po której wypadły mi włosy.

Myślałam, że to mnie wykończy. Wymiotowałam, miałam biegunki, okropne bóle brzucha i głowy. Po kilku dniach brania “chemii” nie chciałam dłużej żyć, chciałam umrzeć. Zrozumiałam, że jestem już taka sama jak inne dzieci z tego oddziału i niczym się od nich nie odróżniam.

Myślałam wtedy, że Pan Bóg przestał mnie kochać, że mnie opuścił. Ale dlaczego? Dlaczego? Na to pytanie nie potrafiłam sobie odpowiedzieć. Przestałam się modlić, byłam zła na Boga, już nie byłam taką optymistką jak kiedyś…

Wszystkie koleżanki, dowiedziawszy się o mojej chorobie, o tym, że wypadły mi włosy, brwi, rzęsy - odsunęły się ode mnie, tak jakby się bały, że je zarażę… Zrozumiałam, że to, co nas łączyło od najmłodszych lat, wcale nie było prawdziwą przyjaźnią; przyjaciół nie opuszcza się, gdy nas potrzebują, przeciwnie, trwa się z nimi w potrzebie do samego końca…

Straciłam chęć do życia, przestałam wychodzić z domu, siedziałam w czterech ścianach własnego pokoju nad miską i wymiotowałam, ciągle wymiotowałam. Myślałam, że ze mną już koniec, że umrę…

Jednak nie, najwyraźniej Bóg jeszcze nie chciał, żebym opuściła tych, których kocham i którzy mnie kochali… Po sześciu miesiącach chemioterapii okazało się, że rak zaatakował kolano i posuwa się coraz wyżej. Tego było już za wiele. Lekarz powiedział mi, że w celu uratowania własnego życia będę musiała przejść jeszcze jedną trudną operację.

Nie wiedziałam, że mówił o amputacji nogi; myślałam, że ta operacja nie będzie się niczym różnić od poprzedniej. Dopiero w domu Rodzice powiedzieli mi ze łzami w oczach, że muszę poddać się amputacji nogi, gdyż w przeciwnym wypadku mogę umrzeć. Pamiętam, jakby to było wczoraj.

Tak bardzo płakałam, oczami wyobraźni widziałam już siebie bez nogi, widziałam ludzi wytykających mnie palcami, śmiejących się ze mnie lub użalających się nad moim losem. Wtedy pomyślałam, że jeżeli tak ma wyglądać moje życie, to wolę już umrzeć, i nie zazdrościć tym wszystkim “sprawnym” ruchowo…

Po kilku dniach spędzonych w domu pierwszy raz od sześciu miesięcy odmówiłam pacierz. Poczułam bardzo przyjemne ciepło w sercu i nowy przypływ nadziei. Z dnia na dzień coraz więcej się modliłam, prosiłam Boga o cud. Przepraszałam Go za wszystkie moje grzechy i błagałam o przebaczenie, o zdrowie, modliłam się bardzo gorąco. Przestałam się bać, już nie było we mnie tego strasznego lęku przed ludźmi, przed amputacją…

Podpisałam zgodę na wykonanie operacji. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale nie czułam ani złości, ani lęku, ani tego wewnętrznego bólu. Wiedziałam jednak wtedy, że to musi być jakiś znak od Boga - to, że zgodziłam się na operację, która miała się odbyć już za parę dni. Przez te wszystkie noce spędzone w domu gorąco modliłam się do Boga Ojca Wszechmogącego. Błagałam Go o cud.

Przyrzekłam, że jeżeli ocali mi nogę i życie, będę Mu dziękować do końca moich dni. Obiecałam Bogu, że będę modliła się o zdrowie dla wszystkich tych dzieci, które chorują i cierpią. Przez całe moje życie wiedziałam, że Bóg istnieje, ale teraz, w czasie choroby, prócz tego, że wiedziałam, to jeszcze czułam to…

W dniu operacji byłam bardzo spokojna, nie było we mnie lęku, strachu, bólu. Gdzieś głęboko w sobie czułam obecność Jezusa.

Jadąc na blok operacyjny, miałam w sercu mocną nadzieję, że wszystko będzie w porządku, bo Pan jest przy mnie i czuwa nade mną…

Minęło siedem godzin, przywieziono mnie z powrotem na oddział. Gdy po przebudzeniu się otworzyłam oczy, nie było przy mnie Rodziców, wszędzie było cicho, spokojnie. Powoli usiadłam.

Chciałam zajrzeć pod kołdrę, ale nie mogłam. Zaczęłam się modlić.

Obiecałam Jezusowi, że jeżeli straciłam nogę, to nie będę się na Niego gniewać, bo i tak w całym moim życiu wiele dla mnie zrobił. Teraz zrozumiałam, jak wielką, jak głęboką miłością Go darzę. Obiecałam Mu również, że dotrzymam wcześniejszego słowa, jeśli okaże się, że nie straciłam nogi.

Wtedy jakiś wewnętrzny głos podpowiedział mi, żebym zajrzała pod kołdrę…

Boże Jedyny, nie mogę nawet opisać, jaka radość opanowała moje serce, gdy ujrzałam całą nogę, tylko z jakimś metalowym urządzeniem. Nic nie rozumiałam. Nie wiedziałam, czy mam płakać, czy się cieszyć.

Wtedy weszli do pokoju Rodzice. Okazało się, że rozmawiali z lekarzem, który mnie operował. Powiedział, że na bloku operacyjnym, w celu jeszcze dokładniejszego upewnienia się co do ostatnich badań, zrobiono mi tzw. badanie mikroskopowe, które wykazało, że kolano jest “czyste” i nie ma w nim żadnych komórek rakowych. Wycięli mi jedynie 11 cm kości piszczelowej, która była zaatakowana przez raka. Założyli mi też na nogę - zamiast gipsu - specjalny aparat (Izarowa), abym mogła przez kilka miesięcy, tj. dopóki ten ubytek kości się sam nie zrośnie, normalnie chodzić.

Czułam, jak wzbiera we mnie radość. Byłam taka szczęśliwa, że nie umiem tego opisać. Wraz z moimi kochanymi Rodzicami płakałam ze szczęścia.

Odmówiliśmy razem pacierz, później różaniec, głośno i wyraźnie dziękowaliśmy Bogu za cud, którym mnie obdarzył, za uratowanie mojej nogi, mojego całego życia. Lekarze mówili, że nie ma już mowy o raku, bo wszystko, co było przez niego zajęte, usunęli - dla zabezpieczenia nawet z kawałkiem zdrowej kości. Teraz, gdy jest już po wszystkim, nareszcie znalazłam odpowiedź na pytania, które sobie zadawałam, gdy po raz pierwszy przyjechałam do Centrum Zdrowia Dziecka.

Wiem, że cierpiałam wraz z innymi chorymi na raka dziećmi tylko i wyłącznie dlatego, że Bóg tak chciał, i że to nie była żadna kara od Niego, lecz wyraz Jego miłości.

On nas kocha i troszczy się o nas. Gdzieś głęboko w sercu czuję, że ci wszyscy, którzy cierpią z powodu chorób, śmierci kogoś bliskiego lub różnego rodzaju dramatów w rodzinie, są po prostu naznaczeni tą wspaniałą miłością przez naszego Pana. Każdego dnia modlę się do Boga i dziękuję Mu za to, że przez cały ten okres choroby nie opuścił mnie ani na chwilę, czuwał nade mną, zesłał na mnie cud, o który Go tak bardzo prosiłam.

Aparat mam jeszcze na nodze, ale już nie na długo, bo za dwa miesiące lekarze planują go zdjąć. Tak bardzo się cieszę każdym dniem, każdą godziną życia, bo życie to naprawdę najpiękniejszy dar od Boga.

Magda

************************

Po przeczytaniu tego listu czuję się zawstydzony i zażenowany, bo myślę, że moja wiara jest jeszcze bardzo maleńka i bardzo mizerna w porównaniu z wiarą tego dziecka …

O wiarę trzeba się modlić … Panie przymnóż nam wiary, zaradź niedowiarstwu naszemu.

III Niedziela Wielkiego Postu - A

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 7:29 przed południem od admin

(Wj 17,3-7; Rz 5,1-2.5-8; J 4,5-42)

Wj 17:3-7

Ale lud pragnął tam wody i dlatego szemrał przeciw Mojżeszowi i mówił: Czy po to wyprowadziłeś nas z Egiptu, aby nas, nasze dzieci i nasze bydło wydać na śmierć z pragnienia? Mojżesz wołał wtedy do Pana i mówił: Co mam uczynić z tym ludem? Niewiele brakuje, a ukamienują mnie! Pan odpowiedział Mojżeszowi: Wyjdź przed lud i weź kilku ze starszych Izraela ze sobą. Weź w rękę laskę, którą uderzyłeś Nil, i idź. Oto Ja stanę przed tobą na skale, na Horebie. Uderzysz w skałę, a wypłynie z niej woda, i lud zaspokoi swe pragnienie. Mojżesz uczynił tak na oczach starszyzny izraelskiej. I nazwał to miejsce Massa i Meriba, ponieważ tutaj kłócili się Izraelici i wystawiali Pana na próbę, mówiąc: Czy też Pan jest rzeczywiście wśród nas, czy nie?

Rz 5:1-2.5-8

Dostąpiwszy więc usprawiedliwienia przez wiarę, zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu uzyskaliśmy przez wiarę dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy [jeszcze] byli bezsilni. A [nawet] za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością. Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami.

Jn 4:5-42

Przybył więc do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności.

Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić - prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło?

W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą.

Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie.

Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? - lub: - Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?

Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli.

Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata.

Pragnienie i głód

Czy zastanawiałem się kiedyś nad tym “czym różnię się od zwierzęcia?” Zwierzę kiedy jest głodne szuka pożywienia - ja też, kiedy jest spragnione, szuka wody - ja też. Kiedy jest zmęczone szuka odpoczynku - ja też, kiedy jest mu gorąco szuka cienia - ja też. Zwierzę, kiedy jest przestraszone ucieka - ja też. Kiedy jest chore szuka lekarstwa, to jest “wpisane” w jego instynkt - ja też. Czym więc różnię się od zwierząt? Czy wszystkie moje potrzeby to głód, pragnienie, potrzeba odpoczynku, konieczność przedłużenia gatunku? Czy całe moje życie ma się sprowadzać tylko do zaspokajania tych fundamentalnych potrzeb organicznych? Czy też jest we mnie głód większy, pragnienie głębsze, potrzeby bardziej ludzkie, czy tylko zwierzęce?

Jezus, rozmawiający z samarytanką u studni uświadamia jej właśnie to głębsze, ludzkie pragnienie, a po powrocie Apostołów również im, uświadamia istnienie bardziej podstawowego głodu. Nie może się człowiek ograniczyć tylko do zaspokajania jedynie zwierzęcych potrzeb i pragnień, jeśli chce być czymś więcej niż jednym z naczelnych ssaków. Jest rzeczą dla człowieka nieodzowną uświadomienie sobie: “JAKI JEST JEGO PRAWDZIWY GŁÓD I PRAWDZIWE PRAGNIENIE? Co tak naprawdę może zaspokoić moje pragnienia? W przeciwnym wypadku, pozostanie na poziomie zaspokajania rudymentarnych potrzeb i instynktów. Co więcej, musi człowiek również odkryć, gdzie i w jaki sposób może zaspokoić swoje ludzkie, metafizyczne potrzeby. Kiedy Jezus mówi: “Ja jestem Źródłem Wody Żywej”, “Ja jestem Chlebem Życia Wiecznego”, chce nam w ten sposób otworzyć oczy na nasze prawdziwe potrzeby, na nasz prawdziwy głód i pragnienie. Nie można uciekać przed tego rodzaju pytaniami i dylematami. Nie można zasłaniać się brakiem czasu i zmęczeniem. Nie można udawać, że problem nie istnieje, że go nie ma, że jeszcze mam czas, bo na starość będę się nad tym zastanawiał, a teraz muszę “robić pieniądze i ciężko zarabiać na życie“. Na jakie życie? Konia, czy osła? Jeśli bowiem zaspokajam tylko swoje organiczne potrzeby, to niczym nie różnię się od tych dwóch -poczciwych- zwierzątek, których aspiracje nie sięgają poza pełny i obfity żłób.

Panie, daj mi Wody Żywej …

Panie, nakarm mnie Chlebem życia …

Panie, nie daj mi być tylko ciężko pracującym koniem, lub osiołkiem.

zwierzęta pod ochroną, a człowiek?

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 7:02 przed południem od admin

Francuskie prawo o ochronie przyrody przewiduje karę do sześciu miesięcy więzienia za zniszczenie zarodków lub małych osobników: żabki zielonej, konika polnego, motyla witrażowego(?) i żmii jadowitej. (art. L. 415-3 du Code de l'environnement).

Wszystkie te gatunki są pod ochroną. W przeciwieństwie do tego surowego prawa chroniącego zwierzęta, potomstwo człowieka nie jest tak dobrze chronione. Za przerwanie ciąży i zabicie dziecka nienarodzonego nie jest przewidziana żadna kara.

02.25.05

nie mam czasu …

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 10:37 po południu od admin

Gorliwy wikariusz postanowił nadchodzący adwent podbudować codzienną wspólną medytacją.

Niektórych parafian (wśród których spodziewał się pozytywnego echa) zapraszał osobiście.

Ale kiedy miejscowy nauczyciel wyznał mu, że jest zbyt zajęty, ksiądz stracił opanowanie i wypalił z rozbrajającą szczerością:

- Pan przypomina mi umęczonego drwala, który marnuje czas i siły, bo pracuje tępą siekierą, a tłumaczy się przy tym, że nie ma czasu, aby usiąść i naostrzyć ostrze.

teksty do pobrania …

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 8:09 po południu od admin

Pierwszą część Rekolekcji Wielkopostnych (nauki od I do XV) można pobrać w formatach doc.. html i zip po wejściu: tutaj . Zapraszam.

Rekolekcje Wielkopostne – XVII

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 7:57 po południu od admin

XVII nauka – moralność i polityka

Rozważając wzajemny stosunek religii i polityki, trzeba naprawdę wyjątkowo złej woli lub niezwykłej ślepoty, żeby nie widzieć do czego prowadzi polityka bez Boga. Wcale nie oznacza to, że wszyscy powinni być wierzący i wyznawać tę samą, ustawowo zadekretowaną religię. Nikt też jednak ze zdrowo myślących i rzetelnych polityków chrześcijańskich nie zamierza nikogo na siłę nawracać. Nadal obowiązuje fundamentalne prawo ludzkie, jakim jest wolność wyznania, oraz wolność przekonań religijnych. Nie ma jednak i być nie może takiej wolności, czy samowoli w stosunku do fundamentalnych ludzkich praw moralnych, jak prawo do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. I nikt nie może się takiej wolności domagać. Cokolwiek powiedzieliby przeciwnicy religii, czy ateiści nie może być wolności w zabijaniu człowieka i nikt nikomu takiej wolności przyznać nie może, nawet demokratycznie wybrane rządy liberalistycznych państw.

A jak pisze Papież w swojej najnowszej książce „Pamięć I tożsamość”:

… to z czym mamy do czynienia we współczesnym świecie, to legalnie usankcjonowana eksterminacja ludzkich istnień już poczętych choć jeszcze nie narodzonych. … eksterminacja, która zalegalizowana zostałą nie mniej tylko przez demokratycznie wybrane parlamenty, które nawołują jednocześnie do postępu społecznego i ludzkiego.” I dalej : „Jest więc rzeczą w pełni uzasadnioną konieczność zadania sobie pytania, czy tego rodzaju fakty nie są jeszcze jedną, nową ideologią zła, być może bardziej niebezpieczną i subtelną, bo ukrytą. Ideologią która próbuje przeciwstawić ‘ludzkie prawa’ rodzinie i samemu człowiekowi.

A wtedy może warto jednak także odwołać się do historii i zobaczyć co działo się tam, gdzie z polityki usiłowano wyeliminować za wszelką cenę Boga i prawa moralne.

Pod koniec XIX wieku niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche ogłosił światu niezwykłą prawdę, że Bóg musi umrzeć, aby mógł narodzić się nowy, prawdziwie wolny człowiek. I rzeczywiście Bóg umarł w ideologiach i polityce, i narodził się „prawdziwie wolny człowiek”, niemiecki, nazistowski Übermensch. Hitlerowska III Rzesza zrealizowała postulaty nietzscheańskiej filozofii w praktyce, a efektem tej opętańczej polityki -bez Boga- były obozy koncentracyjne i okupacja prawie całej Europy, wojna która pochłonęła ponad 50 milionów istnień ludzkich.

W tym samym mniej więcej czasie dwóch innych genialnych „wyzwolicieli człowieka od Boga” Karol Marks i Fryderyk Engels także ogłosiło światu niezwykłą prawdę, że trzeba wyzwolić człowieka z alienującej go religii i przywrócić mu jego godność. I „wyzwolili go” w zrealizowanym przez Włodzimierza Lenina i Józefa Stakina antyreligijnym i demonicznym systemie, który pochłonął ponad 80 milionów ofiar. Warto o tym pamiętać kiedy domagamy się życia publicznego, społecznego i polityki bez Boga i bez religii.

Tam gdzie człowiek chce się wyzwolić od rzekomo krępujących go praw moralnych tam niestety wpada w jeszcze większe zniewolenia. I tak właśnie jest w polityce, która próbuje sankcjonować prawnie najbardziej antyludzkie prawa twierdząc, że demokratycznie można ustalić wszystko. Tylko, że taka demokracja przyjmuje bardzo niedemokratyczne, ukryte założenia. A jednym z nich jest bestialskie prawo dżungli, czyli prawo silniejszego, prawo bogatszego, prawo teko, który głośniej krzyczy. Zobaczmy tylko co dzieje się w naszym polskim politycznym grajdołku, gdzie właśnie ci głośno krzyczący, a zarzucający innym nietolerancję sami są najbardziej nietolerancyjni. Ponadto z tą okrzyczaną tolerancją to też nie jest tak prościutko, jakby to chcieli niektórzy. O. Mieczysław Krąpiec pisze bardzo krótko, ale i bardzo dosadnie: „tolerancja wobec fałszu jest tolerancją fałszywą, a tolerancja wobec zła, jest złą tolerancją”. Mogę i powinienem być tolerancyjny i wyrozumiały wobec człowieka, który popełnia błędy, ale nigdy nie mogę być tolerancyjny wobec zła przez niego popełnionego. Mogę i powinienem być tolerancyjny wobec ludzkiej słabości, ale nigdy nie wolno mi być tolerancyjny wobec ludzkiej przewrotności, która -co więcej- próbuje udowodnić, ze przewrotnością nie jest. A nawet uzasadnia, że prawa moralne są dowolne i zależne od sytuacji, od okoliczności a przede wszystkim od tego, do kogo się stosują. A my doskonale wiemy z naszego doświadczenia, co to znaczy, że wszyscy są roni, tylko że niektórzy są równiejsi. A to właśnie próbują nam wmówić liberalni politycy ubierając to w szatki „praw człowieka i demokracji”. Nie dajmy się więc zastraszyć i nie dajmy sobie wmówić, ze ksiądz mówiący na ambonie o politycznej demagogii i nieuczciwości zajmuje się polityką, że politykuje. On mówi akurat o prawach i normach moralnych, a nie o polityce. Tak jak i ja w tej nauce nie zajmuję się polityką, ale moralnością (niemoralnych) polityków. A jest to tym bardziej ważne, że niemoralność jednego, zwykłego, szarego obywatela ma o wiele mniejsze skutki niż niemoralność polityka, który swoim głosem sankcjonuje bezprawne i zbójeckie prawa.

Jeszcze raz dochodzimy w naszych rekolekcjach do tego samego stwierdzenia, że religia nie może się dać zepchnąć na margines życia, także społecznego. Nie dlatego i nie po to, aby na siłę i ustawowo wszystkich nawracać, ale dlatego, że jej obowiązkiem jest ustawicznie „w porę i nie w porę” przypominać człowiekowi, że jest człowiekiem. Bo sprawdzają się słowa św. Pawła z listu do Tymoteusza:

Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, /w razie potrzeby/ wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom.

(2 Tm 4:1-4)

Czyż bowiem nie jest tak, że wielu spośród nas „zdrowej nauki słuchać nie chce, bo ich uszy świerzbią”?

DROGA KRZYŻOWA III - PRAWDY

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 8:38 przed południem od admin

W naszych zakłamanych czasach Prawda została zredukowana do zwykłego indywidualnego osądu i prywatnego odczucia, a redukcja taka jest śmiertelną pułapką dla człowieka, który jest ontologicznie i najbardziej wewnętrznie nastawiony na Prawdę absolutną i niepodważalną. I dlatego kiedy człowiek w jakikolwiek sposób odrzuca lub neguje Prawdę, neguje sam siebie i niszczy korzenie swojego istnienia.

Droga Krzyżowa Jezusa Chrystusa, to także Droga Krzyżowa poniżonej, podeptanej i upokorzonej Prawdy, bo Chrystus sam o sobie powiedział: „Ja jestem Drogą, i Prawdą, i Życiem.” (J 14:6)

stacja I – Wyrok

Pozory prawa, farsa praworządności, zmanipulowana prawda, zastraszony urzędnik, przekupiony tłum i … jeden niewygodny przeciwnik … „załatwiony”. Tak łatwo pozbyć się tych, którzy są niewygodni, którzy mają czelność służyć Prawdzie, iść za Prawdą, do Prawdy się przyznawać i dawać świadectwo Prawdzie …

A cóż to jest Prawda ? Toż to tylko ułuda i utopia ! Sny o Prawdzie i marzenia nie do zrealizowania …

Jezusie z Nazaretu, Idealisto … nie trzeba było się narażać kapłanom, faryzeuszom, uczonym w Piśmie ! Po co ich tak ostro krytykowałeś ? Po co z nimi stale zadzierałeś ? Po co z nich drwiłeś ? Nie należało narażać się władzy, a szczególnie tej, która się za „najświętszą” uważała … i która rościła sobie monopol na prawdę.

Bo wystarczyło tylko odpowiednio pomanipulować prawem i prawdą, podpłacić tam gdzie trzeba, postraszyć tam gdzie można … i z zachowaniem wszelkich pozorów prawa i praworządności wygrał ten, kto silniejszy, kto głośniej krzyczy, kto „bardziej realistyczny”. A idealiści z ich mrzonkami o Prawdzie … na krzyż z nimi, powiesić ich !

stacja II – Krzyż

Ty się po to narodziłeś i po to przyszedłeś na świat, aby dać świadectwo Prawdzie, a jej symbolem stał się krzyż, który bierzesz na swoje ramiona. I będzie on już odtąd, na zawsze, symbolem Twojej, ostatecznej Prawdy. A każdy, kto po stronie Prawdy będzie się opowiadał musi go wziąć, jak Ty go wziąłeś i ponieść razem z Tobą na swoją Kalwarię, bo Ty przecież powiedziałeś: „kto chce iść za mną, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje …”

Wszyscy którzy Prawdzie służą, którzy za Prawdą idą muszą razem z Tobą krzyż, ten gorszący symbol Prawdy – Którą Ty sam jesteś – nieść. I nie ma innej drogi, i nie ma innego sposobu służenia Prawdzie. To nie naukowe poszukiwania i nie „mędrca szkiełko i oko” i nie rozum i nie sceptycyzm do Prawdy prowadzą i o Prawdzie świadczą, ale krzyż, który bierzesz na swoje ramiona i który odtąd będziesz już niósł przez wieki, razem z tymi, którzy się do Ciebie ośmielą przyznać, za Tobą iść, Tobie uwierzyć i zawierzyć.

I ten oto przedmiot hańby, krzyż staje się nie tylko symbolem Prawdy ale i mądrości, bo: „my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów i głupstwem dla pogan …” (1 Kor 1:23)

stacja III – I Upadek

Prawda przytłacza, Prawda jest trudna, czasami nie do udźwignięcia, czasami powala z nóg … i Ty o tym wiesz najlepiej. Ale ci, którzy się jej boją, ci którzy przed nią uciekają, ci którzy się przed nią zabezpieczają kłamstwem nigdy, nigdzie nie dojdą ! Nie doświadczą radości „poznania Prawdy, która wyzwala”.

Kto szuka Prawdy, gotowy jest na potknięcia i upadki, ale też wie, że z każdego można i należy powstać. Kto Prawdy się boi i jej unika, kto się przed upadkiem zabezpiecza półprawdkami i manipulacją, obłudą i zakłamaniem być może się nie pokaleczy, ale też nigdy Prawdy nie pozna ! i zawsze będzie żył w świecie kłamstwa, ułudy i zniewolenia.

Upadki są bolesne, ale to one właśnie uczą nas pokory, a przecież pokora jest Prawdą. Kto zaś boi się upaść, nigdy pokory się nie nauczy i Prawdy nie pozna.

stacja IV –Matka

Ona – Matka, na początku Jego działalności, na weselu w Kanie powiedziała: „Zróbcie cokolwiek wam powie.” Ona doskonale wie, że Jej Syn jest Prawdą wieczną i absolutną, że Jego słowa, nakazy, czyny, działania i życie całe są dawaniem świadectwa Prawdzie. Dlatego spotkanie z Nim, na drodze krzyżowej nie wymaga już słów, nie wymaga wyjaśnień, nawet łez …, bo nic nie może już być powiedziane i żadne słowo nie ma sensu tam, gdzie absolutna Prawda jest prowadzona na ukrzyżowanie.

Czyńcie, cokolwiek wam powie … a teraz On już nic nie mówi i Ona - Matka też milczy. I nie ma potrzeby słów, tam gdzie już wszystko zostało powiedziane i gdzie już wszystko zostało dokonane.

Spotkanie z Prawdą jest zawsze bolesne i nieme. Kiedy rozpoznaje się Prawdę nie ma już potrzeby mówienia, wyjaśniania, rozdrabniania, dyskusji czy udowadniania czegokolwiek. Prawdę spotyka się i rozpoznaje w milczeniu. I pozostaje się już na zawsze pod Jej wrażeniem.

stacja V – Pomoc

Szymon z Cyreny, przymuszony, zniewolony, na siłę i nie z własnej woli … pomaga. Czy ta pomoc jest świadoma z jego strony, czy on wie co robi ? Nie, na pewno nie zdaje sobie z tego sprawy.

Prawda potrzebuje twojej pomocy, nieraz nawet tej przymuszonej i nie własnowolnej, tej szymonowej, na siłę, a jednak … pomocy. Prawda jest nieraz, niezręczna, zmęczona i upokorzona … nie uciekaj przed nią, nie chowaj głowy w piasek, nie chroń się za zasłoną anonimowości, nie chowaj się w bezimiennym tłumie. Miej odwagę stanąć po stronie Prawdy, nawet jeśli kosztuje to bardzo wiele, nawet jeśli miałbyś nieść krzyż cudzych kłopotów i odpowiedzialności.

Szymonie z Cyreny, nawet nie wiesz, jak wiele dla Prawdy zrobiłeś, nawet nie wiesz ile w twoim, przymuszonym geście świadectwa, niemego, niedobrowolnego, a jednak tak bardzo koniecznego.

stacja VI – Weronika

Jest taka legenda, która mówi, że Weronika, kiedy obejrzała chustę, którą otarła twarz Jezusa, zobaczyła nie odbicie Jego, ale swojej własnej twarzy. Wstrząśnięta tym, co zobaczyła uwierzyła, że Ten, Któremu ulgę chciała przynieść jest rzeczywiście Synem Bożym, Mesjaszem, Prawdą ostateczną i uwierzywszy poszła za Nim aż pod krzyż i dalej aż do grobu, i do dnia Jego zmartwychwstania.

Trzeba nam czasami ujrzeć nasza własną twarz w całej jej szpetocie i biedzie, trzeba nam czasami takiego właśnie szoku, aby uwierzyć i zawierzyć Temu, Który przyszedł nie po to aby nas potępić, ale aby nas zbawić. On nam ukazuje naszą prawdziwą twarz i pozwala nam wybrać to co słuszne i to co prawdziwe, pozwala nam zobaczyć nas samych bez masek i bez makijaży.

Odbicie twarzy na chuście Weroniki, to może właśnie odbicie mojej twarzy, mojego oblicza, to może obraz prawdy, której się tak bardzo boję, szokującej prawdy o mnie samym ?

stacja VII – II Upadek

Ileż to razy zdarzyło mi się zaprzeć Prawdy, skłamać, zręcznie się wymigać ? Ileż to razy nie dałem się wciągnąć w dyskusję z wygody, oportunizmu, lęku przed ośmieszeniem się, ze strachu przed konsekwencjami lub ze zwykłego koniunkturalizmu ? Pozwoliłem aby Prawda była manipulowana, aby była poniżana, maltretowana, upokarzana i negowana, wyśmiewana i wydrwiona … dla świętego spokoju, dla zachowania twarzy, aby nie utracić pozycji.

A każda taka wpadka, każde takie zaparcie się prawdy to zaparcie się Chrystusa, to pozwolenie aby upadł, aby został poniżony, aby był deptany i wyszydzony, aby na Niego pluto. A ja sobie tłumaczyłem, że trzeba być przecież roztropnym, że trzeba być dyplomatą, że nie należy zawsze i wszystkiego stawiać na ostrzu noża, że można przecież inaczej, że tego wymaga chwila i sytuacja, że nie należy ludzi drażnić niepotrzebnie, że trzeba umieć żyć … A Chrystus leżał na ziemi, bo ja pozwoliłem, bo ja nic nie zrobiłem, bo ja się bałem Go podnieść !

Prawda upadła, bo ja Jej nie podtrzymałem, bo ja okazałem się malutkim, zastraszonym, egoistą, bo mnie nie stać było na wyraźne opowiedzenie się po Jej stronie …

stacja VIII – Niewiasty

„Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas ! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym ?” (Łk 23:28-31)

Płacz nad sobą, bo jeśli z Prawdą wieczną tak czynią, to co się stanie z tobą, mały kłamco ?

Przed sądem Prawdy Wiecznej i Ostatecznej, będziesz być może chciał, żeby góry cię przykryły i schroniły, będziesz szukał kryjówki ze wstydu, bo nie umiałeś rozpoznać czasu Jej nawiedzenia.

stacja IX – III Upadek

Zanegowanie Prawdy, wyrzucenie jej ze słownika współczesnego człowieka jest prawdopodobnie najgroźniejszym upadkiem ludzkości, z którego może się ona już nie podnieść. Każda cywilizacja zawiera w sobie zalążki swojej własnej autodestrukcji, swojego upadku, a nasza cywilizacja sama się neguje i niszczy właśnie w zanegowaniu, w odrzuceniu Prawdy … Wiecznej i Niepodważalnej.

Człowiek, który odrzucił Prawdę upada coraz bardziej i coraz głębiej, coraz trudniej jest mu się podnieść z beznadziei i z rozpaczy, ze zniechęcenia i kłamstwa, bo nie ma żadnego stabilnego punktu oparcia, żadnego punktu odniesienia i to prowadzi człowieka do jego ostatecznego upadku, do pozostania na dnie.

Czy ja zdaję sobie sprawę z tego że negując Prawdę, idąc na kompromisy, na układy, na ugodę z kłamstwem, upadam coraz bardziej i coraz głębiej ? Czy naprawdę nie widzę, że upadek w kłamstwo, w zakłamanie, w relatywizm i koniunkturalizm może być moim ostatecznym upadkiem ?

stacja X – Obnażenie

„Oto Człowiek” – powiedział Piłat, mając nadzieję, że wzbudzi litość w przekupionym tłumie.

„Oto Prawda” – zdają się mówić oprawcy zdzierający szaty z Jezusa. Oto naga Prawda …., bez upiększeń i bez zdobnych szatek, prawda o tobie i o mnie, prawda o człowieku i o ludzkiej kondycji.

I tak jest rzeczywiście. Chrystus jest pełnym i doskonałym Człowiekiem i Chrystus jest także ostateczną Prawdą o człowieku. Jeśli chcesz poznać siebie popatrz a Niego przed Piłatem – oto Człowiek, i popatrz na Niego odartego z szat, upokorzonego, zmaltretowanego, „wzgardzonego i odepchniętego przez ludzi, męża boleści, przed kim się twarze zakrywa …” Oto Prawda …

stacja XI – Egzekucja

„Wolę być razem z Chrystusem dla Prawdy ukrzyżowany niż krzyżować Prawdę moim życiem.” – powiedział zairski Kardynał Józef Malula.

I jakże to prawdziwe, jakże wymagające …

Ale kto chce prawdzie służyć musi się na to przygotować, że razem z nią do krzyża zostanie przybity, zostanie ukrzyżowany, bo dla „dzieci tego świata” Prawda jest niewygodna i jedyne co mogą z Nią zrobić, to się jej pozbyć, ją ukrzyżować !!!

stacja XII – Śmierć

Boże mój, Boże mój !!! czemuś mnie opuścił ?

Tak nam się nieraz wydaje, że wszystko się zawaliło, że nawet sam Bóg nas opuścił. Tak nam się nieraz wydaje, że wygrało kłamstwo, obłuda, zakłamanie, faryzeizm i hipokryzja … Słowa żalu i zniechęcenia, rozpaczy i goryczy same cisną się na usta. A przecież tak właśnie ma być. Świadectwo musi być dane aż do końca, nieraz do absurdalnego końca. Taka jest Prawda i tak ona się manifestuje, bo to co jest „głupstwem i zgorszeniem dla jednych … jest mocą i mądrością Bożą dla innych”

Wykonało się ! świadectwo zostało dane, aż do końca. Syn Boży, Prawda, Stworzyciel świata, został zamordowany … Bóg umarł ! Prawda została zamordowana …

Ale czy to jest naprawdę koniec ? Czy śmierć Boga na krzyżu jest naprawdę końcem i fiaskiem Prawdy ? Będzie tak tylko wtedy, gdy Prawda umrze w moim życiu, w moim sercu, gdy uznam ją za głupstwo i zgorszenie, za hańbę i niewygodną mrzonkę. Tylko wtedy będzie to ostateczny i nieodwołalny koniec dla mnie !!!

stacja XIII – Ciało

„Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem.” (J 6:63)

Ciało zostało zdjęte z krzyża, ono na nic się nie przyda. To tylko ciało. O wiele ważniejsze są duch i życie, prawda ożywiająca ciało.

A my tak bardzo wiele wagi przywiązujemy właśnie do ciała, nie do ducha, i nie do życia, i nie do Prawdy. Ciało zaś jest tylko pustą skorupą o ile nie jest ożywiane przez Ducha Prawdy.

A moje ciało ? A moje życie ? Czy jest ożywiane Prawdą, czy może już dawno … martwe? Czy aby przypadkiem nie jest tak, że tylko mi się wydaje, że żyję, a tak naprawdę jestem już tylko trupem, martwym a jedynie wypacykowanym ciałem ?

stacja XIV – Grób

„… powiedział Jezus: Ja jestem Drogą i Prawdą, i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.” (J 14:6)

Ja jestem prawdziwą drogą życia.

Ja jestem drogą w Prawdzie do Życia Wiecznego.

I nikt nie może przyjść do Ojca inaczej jak tylko tą Drogą …

02.24.05

Rekolekcje Wielkopostne – XVI

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 8:08 po południu od admin

XVI nauka – religia a polityka

Czy religia ma się trzymać na uboczu życia politycznego i społecznego? Coraz częściej i z coraz większa zajadłością pojawiają się głosy, które oskarżają religię (katolicyzm) o nieuprawnioną ingerencję w życie społeczne i polityczne. Najbardziej widoczne jest to w masońskiej Francji, ale i w Polsce tego rodzaju ostra krytyka nie jest rzadkością. Wytacza się coraz to nowe i „miażdżące” argumenty, w rodzaju oskarżeń o religijny fundamentalizm, klerykalizację życia społecznego, czy pragnienie uczynienia z Polski państwa kościelnego. I wielu katolików (chrześcijan) wydaje się ulegać tego rodzaju presji, uznając (fałszywe w sumie) argumenty ateistów lub raczej anty-teistów, ludzi na których religia działa jak przysłowiowa czerwona płachta na byka”.

Od razu jednak należałoby zadać pytanie: „A dlaczego różne ateistyczne i postkomunistyczne partie polityczne, ugrupowania zielonych, różowych i kolorowych, Polska Partia Przyjaciół Piwa i inne tego rodzaju organizacje mogą i mają prawo do uczestnictwa w życiu społecznym i politycznym, a jednocześnie katolicy (czy w ogóle chrześcijanie) mają być tego prawa pozbawieni?” Co więcej te inne ugrupowania polityczne, a szczególnie socjalistyczne, komunistyczne i antyreligijne pokazały już w poprzednich dekadach co potrafią i do czego prowadzi w ogóle polityka bez Boga. I nie trzeba przecież specjalnych studiów historycznych czy socjologicznych, aby to dostrzec.

Wystarczy tylko sięgnąć odrobinę w historię Europy i zobaczyć jakie były (i do dzisiaj są) efekty anty-religijnie nastawionych ugrupowań i ruchów politycznych. Wystarczy przypomnieć tylko Wielką Rewolucję Francuską, która maiła przynieść „równość, wolność i braterstwo” i … nie przyniosła nic poza rzezią i kaźniami. Wystarczy spojrzeć na opłakane efekty Wielkiej Rewolucji Październikowej, która także pod tymi samymi hasłami przyczyniła się do śmierci dziesiątków milionów ludzi. Wystarczy przypomnieć straszliwe efekty antyreligijnego systemu nazistowskiego, który również chciał wyeliminować Boga z życia społecznego. I to wszystko w imię wyzwolenia człowieka spod panowania przesądu, religii, Boga. Te wyzwoleńcze zamiary okazały się raczej zgubne w skutkach nie tylko dla ludzkiej wolności, ale i dla samego ludzkiego bytu.

A co nam oferują dzisiejsze a-religijne czy też antyreligijne „demokracje”. Gdzie jest tam miejsce na wartości ludzkie, na szacunek do życia, na wolność, równość i braterstwo? Tak mocno podkreślana we współczesnych „demokracjach” laickość dawno już przerodziła się w zdegenerowaną religię laicyzmu, który propaguje całkowity liberalizm, permisywizm i sytuacjonizm etyczny i moralny. A to wszystko służy tylko jednemu bogaceniu się bogatych i zubażaniu biednych. Ani wolności, ani równości, ani braterstwa w tych postmodernistycznych i liberalistycznych państwach nie widać.

Oczywistym więc jest, że tego rodzaju „demokracje” bać się będą jak ognia religii, która przypomina o konieczności zachowania praw moralnych i domaga się nie czego innego, ale tego, aby człowiek był człowiekiem. A kiedy religia, czy religijnie zaangażowani ludzie, próbują protestować przeciwko nadużyciom władzy, wtedy pojawiają się zawsze te same argumenty i oskarżenia o fundamentalizm i klerykalizm. Nie dajmy się ogłupić … u nie o człowieka i o ludzkie dobro chodzi , ale o władzę.

O przewrotności zaś polityki i jej prawdziwym obliczu może taka opowieść.

W czasie jednej z sesji senatu stanu Kansas minister Joe Wright miał otworzyć tę sesję modlitwą. I kiedy wszyscy spodziewali się jakichś stereotypowych ogólników on modlił się tak:

,

Ojcze niebieski, stajemy dzisiaj przed Tobą aby prosić Cię o przebaczenia,

aby szukać Twojej pomocy i rady.

Wiemy, że Twoje święte Słowo mówi: „biada tym, którzy zło nazywają dobrem”,

A przecież to jest właśnie to, co my dzisiaj -w naszej polityce- robimy.

Zagubiliśmy duchową równowagę i odwróciliśmy wartości.

Wyśmiewamy się z absolutnej Prawdy, którą Ty sam jesteś i głosimy w jej miejsce święty pluralizm, który jest niczym innym jak hołdowaniem naszym najniższym, zwierzęcym żądzom.

Eksploatujemy biednych i nazywamy to prawami rynku, podaży i popytu.

Pochwalamy lenistwo i nazywamy to dobrobytem.

Zabijamy nienarodzone dzieci i nazywamy to prawem do wolnego wyboru.

Krytykujemy obrońców życia nienarodzonych i nazywamy to demokracją.

Zaniedbaliśmy dyscyplinę wśród naszych dzieci i pozwalamy im na wszystko i nazywamy to wychowaniem bez stresowym.

Nadużywamy władzy i nazywamy to polityką.

Zawłaszczamy sobie coraz więcej dóbr należących do biednych i nazywamy to uzasadnioną ambicją rozwoju.

Zanieczyściliśmy świat i nazywamy to prawem rozwoju przemysłowego.

Rozprzestrzeniamy wulgaryzmy i pornografię i nazywamy to wolnością artystycznej ekspresji.

Ośmieszamy odwieczne wartości moralne naszych przodków i nazywamy to wyzwoleniem i oświeceniem.

Zbadaj Boże Ojcze nasze serca i zobacz, jak wiele jest tam pożądliwości, chciwości, niemoralności i zła, które nazywamy wolnością, demokracją, laickością i humanizmem.

Oczyść je Panie i naprawdę uwolnij nas od tych wszystkich zniewoleń, w które my sami się wpakowaliśmy próbując uwolnić się od Ciebie i Twoich przykazań.

Prowadź nas i błogosław tym spośród nas, którzy dostrzegają te wszystkie niebezpieczeństwa i próbują nas ostrzec przed katastrofą. Niechybnie do niej zdążamy pod przewodnictwem naszych krótkowzrocznych i populistycznych polityków, którzy nie szukają prawdziwego dobra ludzi, ale własnej popularności i zysków.

Pozwól nam zobaczyć, że Ty sam jesteś źródłem i celem całego naszego życia i że bez Ciebie staje się ona przerażające i absurdalne.

Pomóż nam zaufać Panu i Dawcy Życia wiecznego Jezusowi Chrystusowi. Amen.

****************

Nie trzeba dodawać, że reakcja senatorów była natychmiastowa. Wielu spośród nich opuściło salę posiedzeń i oskarżyło ministra o religijny fundamentalizm.

modlitwa za Papieża…

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 12:13 po południu od admin

Jan Paweł II

Papież ponownie znalazł się w szpitalu, wspierajmy go naszą modlitwą przed Najświętszym Sakramentem.

Jak podaje ONET :

Papież Jan Paweł II został przewieziony do kliniki Gemelli w Rzymie - poinformował rzecznik Watykanu Joaquin Navarro-Valls, według którego papież ma nawrót grypy. Joaquin Navarro-Valls powiedział, że papież potrzebuje specjalistycznego leczenia i kolejnych badań. Jan Paweł II nie przybył na rozpoczęty dziś konsystorz. Jest to pierwszy taki przypadek od początku pontyfikatu

spokojny kąt …

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 7:57 przed południem od admin

Na spacerze spotyka świerszcz biedronkę.

- Wiesz - mówi - ostatnio muzykuję w kościele, ale to nie dla mnie: te ciągłe dzwonienia, grania, śpiewy solowe i chóralne. Muszę się stamtąd jak najszybciej wyprowadzić?

- Co ty powiesz - zdziwiła się biedronka. Ja też mieszkam w kościele, ale u mnie jest całkiem spokojnie. Nikt mi nie przeszkadza.

- Niemożliwe, gdzie ty znalazłaś taki spokojny kąt? - zaciekawił się świerszcz.

- W skarbonce!

02.23.05

papierowe życie …

Posted in Słowo Boże na niedzielę at 6:40 po południu od admin

- Kiedy zostanę oświecony?

- Kiedy zobaczysz - odpowiedział nauczyciel.

- Kiedy zobaczę - co?

- Drzewa, kwiaty, księżyc i gwiazdy.

- Ależ widzę je codziennie.

- Nie. To, co widzisz - to jedynie papierowe drzewa, papierowe kwiaty, papierowy księżyc i papierowe gwiazdy. Żyjesz bowiem nie w rzeczywistości, lecz w twych słowach i myślach.

I, jakby tego było mało, po chwili dodał uprzejmie:

- Żyjesz papierowym życiem i umrzesz papierową śmiercią.

« Previous entries Project-Id-Version: WordPress 2.1.1 Report-Msgid-Bugs-To: POT-Creation-Date: 2005-02-15 10:33-0600 PO-Revision-Date: 2007-03-03 11:05+0100 Last-Translator: Jakub Zwoliński Language-Team: SnowDog MIME-Version: 1.0 Content-Type: text/plain; charset=iso-8859-2 Content-Transfer-Encoding: 8bit X-Poedit-Language: Polish X-Poedit-Country: POLAND X-Poedit-Basepath: . X-Poedit-KeywordsList: _e;__ X-Poedit-SourceCharset: utf-8 Plural-Forms: nplurals=2; plural=(n != 1); X-Poedit-SearchPath-0: F:\apache\htdocs\wordpress Project-Id-Version: WordPress 2.1.1 Report-Msgid-Bugs-To: POT-Creation-Date: 2005-02-15 10:33-0600 PO-Revision-Date: 2007-03-03 11:05+0100 Last-Translator: Jakub Zwoliński Language-Team: SnowDog MIME-Version: 1.0 Content-Type: text/plain; charset=iso-8859-2 Content-Transfer-Encoding: 8bit X-Poedit-Language: Polish X-Poedit-Country: POLAND X-Poedit-Basepath: . X-Poedit-KeywordsList: _e;__ X-Poedit-SourceCharset: utf-8 Plural-Forms: nplurals=2; plural=(n != 1); X-Poedit-SearchPath-0: F:\apache\htdocs\wordpress